Dla oczu jezior, księżyca i mgły

tu jest smutno i padają deszcze;
teraz to ja idę na przestrzeń,
nie moje wiersze.

dziwne żarcie z Biedronki i stokrotki z łąki,
bo chciałbym tu wpuścić Ciebie, a wypuścić pąki.

wszystko tu brzmi dalej jak w korytarzu na Kraszewskiego,
ale chyba już nie mylę jaźni z ego;
chociaż buduję relacje podobnie jak statki z klocków Lego.

wszystko brzmi;
dzisiaj to ty grasz białymi, okej?
nadal nie wiem po co te bramki jak mini-hokej…

nie wiem po co te bramki do odmiennych stanów;
te bramki między nami, jakby ktoś znowu miał skandować,
że nic się nie stało.

czegoś dalej jest za mało –
może tych za prostych spojrzeń i gestów.

za dużo wiary, niewiary;
za trudnych marzeń i testów.

ten wiersz by uwierzył raczej w rymy, niż w ich sensy w prawie;
tak jak roztańczoną nagość las uznaje mocniej niż piknik na trawie.

ten sam las, który sam w sobie ciągle staje się wierszem
dla oczu jezior, księżyca i mgły,
a wszystko w nim rymuje się jak cisza i przestrzeń,
albo jak ja i ty.

zawsze kiedy wchodzę… to wiersz wychodzi, wiesz?
poza siebie, jak w OOBE.
potem ściągam go do ciała, tak jak chciałaś.
potem ktoś czyta i mówi, że za duży odlot.

dla oczu jezior, księżyca i mgły te pląsy,
tak jakby las sam ściągał ze mnie ubranie.
to jak wizyta w Reserved, tylko na przeciwfazie;
chociaż wiesz, że tam się nigdy nie spotkamy, kochanie.

dla oczu jezior, księżyca i mgły jest ten brak montażu;
przedpremierowy pokaz w sercu lasu – biegnę dla kurażu;
nade mną nieba ażur, pode mną kroki lisów.
przede mną szepty brzozy, wokół wołanie cisu.

dla oczu jezior, księżyca i mgły, bla, bla, bla…
widzi to tylko mój terapeuta i cały świat.
to las jak z filmu von Triera,
dlatego wspólnie pierdolimy wszystkie konstrukcje z krat.

na chwilę przestaje być smutno, kiedy łabądź spogląda mi w oczy;
nie mówi nic o chaosie, coś o porządku psioczy.
cały ten kosmos moczy przez skrzydła – ustami jeziora.
tłumaczy mi, że kosmos się całuje tu z wodą,
a ja, że już późna pora.

no to stoimy tak przez chwilę jeszcze;
gadamy cos o syrenach, więc zaczynam mieć dreszcze.
gadamy o filmach Finchera i dźwiękach Reznora;
łabądź zwraca uwagę, że jest zimno już i późna pora…

przechodzimy do sedna rzeczy, czyli seksu z trawą i ziemią;
algorytmy obłędu chyba się same z siebie nie zmienią…
ona mi szepcze, że kocha wir i miraże;
ja jej, że gdzieś już pisałem, że też o tym marzę.

mam tak samo jak ty;
zdejmuję ciuchy dla oczu jezior, księżyca i mgły.
piszę dziwne piosenki w środku lasu,
dziwnie zgubiony dla miasta i ciągłości czasu.

Maciej Midor

Grafika :Obraz Alen Kopera

Podziel się wiedzą:
Facebook
Facebook
YouTube
Instagram

Wspierasz energię, którą tworzymy? Wesprzyj nas w materii!

Przekaż darowiznę

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *