wielka księga przeżyć mistycznych

WIELKA KSIĘGA PRZEŻYĆ MISTYCZNYCH

Życie to przepiękna wędrówka Duszy, w której każdy człowiek porusza się i przemieszcza dzięki Wolnej Woli, zaś wszystko, co stanowi naszą Rzeczywistość, ma swoje źródło w energii, którą tworzymy i która nas otacza. Energia ta nie jest ani dobra, ani zła – ona po prostu JEST. Ty zaś widzisz w niej i doświadczasz w niej tego, co Cię przyciąga, inspiruje bądź wymaga Twojej interwencji. Nazywamy to Prawem Przyciągania. Często zdarza się, że w natłoku codziennych zajętości zapominamy o tym, że każdy z nas ma na swoją Rzeczywistość niezaprzeczalny, niemożliwy do odebrania wpływ. To, jak myślisz, o czym mówisz i czym jesteś przepełniony stanowi bowiem temat Twoich dni, miesięcy i lat. Jeśli jesteś tu, by pragniesz, by w Twoim życiu pojawiła się Magia – DZIAŁAJ! Dobrze przeczytałeś. Zwróć się do wnętrza siebie i odnajdź w sobie to, co dla Ciebie tajemnicze, ekstatyczne, zachwycające, czarodziejskie! Opisz swój sen, wizję, Rytuał, podróż psychodeliczną, alegorię bądź spotkanie z Siłami, Istotami, Roślinami i Zwierzętami Mocy! Podziel się wyjątkowym przeżyciem i zapoznaj się z przeżyciami innych – to Twój własny klucz do Bramy Percepcji, za którą czeka na Ciebie Mistyka, Wiedza, Miłość i Moc! Gdy dzielisz się inspiracją, okrąża ona cały świat i wraca do Ciebie pomnożona przez zachwyty, refleksje i usmiechy, które wywołała w świecie. Wpis do Księgi jest więc metodą, dzięki której ta wspaniała energia uczyni w świecie Blask i wróci do Ciebie! Jeśli chciałbyś opisać tu cokolwiek, co wydarzyło się w Twoim wnętrzu, a co posiada w sobie chociażby okruszek Magii – śmiało! Wielka Księga Przeżyć Mistycznych została założona po to, byś miał taką szansę. Księga ta będzie wydawana w postaci fizycznej jako „Wielka Księga Przeżyć Mistycznych, czyli namacalny dowód na istnienie Magii”. Będzie dostępna w siedzibie Akademii Ducha i otwarta do wglądu każdego, kto podzielił się swoim przeżyciem. Gotów, by otworzyć się na pełną wrażeń, zaskoczeń i piękna komunikację ze Wszechświatem? Pisz, czytaj, inspiruj! Ta możliwość jest tu dla Ciebie.

POPULARNE WPISY

Przemiana i uwolnienie – wspomnienie z Gabrielni

Chciałbym podzielić się tym, czego doświadczyłem. Mam nadzieję, że każdy znajdzie tu coś co sprawi, że będzie mógł bardziej czuć siebie, świat i swoje serce, miłość i jedność ze wszystkim. […]

Marzenia

Pamiętam jak dziś, kiedy mając niespełna 7 lat, zakomunikowałam rodzicom, że napiszę kiedyś książkę. Nie wiedziałam, skąd takie postanowienie w mojej głowie, po prostu wiedziałam i już. Moi rodzice oczywiście […]

ODDECH

– Kocie jeden! Do domu! Czarna kotka czmychnęła na balkon. Wychyliłam się za nią. – Zimno! – Ulica lśniła wilgocią. Ciężkie żółte światło latarni wplatało się w marznące kałuże. Wzięłam […]

Rytuał

Latarka wysuwa się spod pachy. Nasiona, lista marzeń, koperta włożona w Księgę Magii. Głowa pełna informacji. Podniecenie. Ogród jak rześko. Szukam miejsca odpowiedniego do odprawienia rytuału, posadzenia rytualnych roślin i co ważne, […]

Kosmiczna konwersacja

Rzucam garścią słów o Niebo.
Komponenty liter Tworzą Gwiezdne gromady.
Manifestacja stworzenia przesiąknięta kwarkami spółgłosek.

Kropla Kosmicznej Energii ubarwia me słowa. Łaknienie tlenu zwalnia myśli. Tajemnica się rozjaśnia. Ogarnia Cie szelest łez szczeniacza. Ekspansja kosmosu przybiera rozmiar Naszej Nadziei.

Przepełnia Nas Ogrom Mocy Duchowej. Doświadczamy pełnego spectrum Istnienia.

Fluktuacje soczystej Energii, jak wodospady obfitej żywotności, dopełniają Nas jak kolor barwiący Niebo.

Zapamiętaj!

Jesteśmy wykonani na podobieństwo czystego Zachwytu.

  Nie wątp w swój Majestat.

 

Katsime 

 

Grafika: https://pixabay.com

Przejdź do artykułu

Obłoki Srebrzyste

Panaceum na pandemie nieświadomości ?
Ciężki aromat ma tą myśl
Rozkosz niewiedzy?
Demoniczny instrument
Konszachty z diabłem kłaniają się w pas
Generują chaos chętny do psot
Jednak wszystko drga w dobrą stronę
Wibracje spływają miliardami kropel
Masz alergie na emocje?
Bo cuda maja pełen asortyment
Milion małych nitek tka ciała świetliste
Zaakceptuj to:
Jesteś Światłem w Świetle.

Katsime

https://pixabay.com

Przejdź do artykułu

UWAŻNOŚĆ I ZNAKI

Uważność, termin znany praktycznie każdemu człowiekowi, ale czy zawsze ma swoje zastosowanie w życiu? Bo właściwie czym jest ta uważność? Niektórzy mówią, że widzą wiele, ale czy widzieć znaczy zauważać? Można patrzeć, ale nie widzieć, jakkolwiek to brzmi… Często patrzyłam na coś, ale nie dostrzegałam tego, co jest ukryte głębiej, widziałam coś powierzchownie, bo nie miałam czasu na analizę. Czy w takim razie można nazwać to uważnością? Jedni odpowiedzą, że w pewnym sensie tak, bo przynajmniej zwróciłam uwagę, tak, to już coś, ale chodzi mi o taką uważność, która sprawia, że nagle człowiek zmuszony jest do lekkiej zadumy, która nakierowuje myśli człowieka i stymuluje jego dalsze działania. Czy zatem uważność towarzyszy nam na co dzień? A może przychodzi wtedy, kiedy jesteśmy już gotowi odbierać poszczególne znaki, niczym drogowskazy dla naszego życia?

Odkąd pozwoliłam duchowości na nowo wejść do mojego życia, stałam się obserwatorką, ale wciąż uczyłam się i czekałam na jakiś znak. Nie wiedziałam na jaki, wszak uważność obligowała do wypatrywania tych znaków, więc teoretycznie byłam na nie przygotowana zewsząd. Jednak nie byłam przygotowana na znak w takiej formie… Mój znak dotarł do mnie z „góry”, a właściwie to z drzewa…

W dniu, w którym moja uważność została wystawiona na próbę, byłam zaaferowana pracą, którą wykonywałam razem ze znajomą. W ramach odpoczynku wybrałyśmy się na spacer po krakowskich Plantach. Pogoda była idealna, był początek lata, świeciło słońce, a dookoła ptaki prezentowały swój talent wokalny, z reguły spacer był jak najlepszą formą odpoczynku. Prowadziłam ożywioną rozmowę, gdy w pewnym momencie, coś uderzyło mnie w głowę i odbiło się od ławki, na której siedziałam. Uderzenie było delikatne, ale tak trafne, że nie sposób było je zignorować. Mój wzrok spoczął na małej gałązce i ze śmiechem podniosłam ją, żeby pokazać znajomej, że nawet zwykła, mała gałązka potrafi „zaatakować” człowieka, gdy ten po prostu sobie siedzi i korzysta z uroków natury. Już miałam odrzucić gałązkę, ale popatrzyłam na nią jeszcze raz i wtedy zauważyłam to…Mimo że wcześniej patrzyłam na gałązkę, w dalszym ciągu pogrążona w rozmowie, nie widziałam kształtu drewienka. Powierzchownie była to dla mnie zwykła gałązka jakich wiele, ale gdy uważność wyostrzyła się, dostrzegłam, że jej krztałt był zadziwiająco podobny do runy Fehu. Tak, oczom nie mogłam uwierzyć, że ten kształt może być tak idealny!

Zabrałam gałązkę ze sobą i po skończonej pracy, wróciłam do domu, gdy tylko weszłam do środka, od razu zaczęłam przyglądać się gałązce. Zastanawiałam się, jak mam zinterpretować dany mi znak, jak go przypasować do mojej sytuacji życiowej, a może był po prostu zapowiedzią jakichś zmian? Jednocześnie też byłam pełna podziwu nad formą przekazania tego znaku. „Przypadek” sprawił, że wcześniej  interesowałam się runami, więc odczytałam to jako sygnał mówiący o tym, że wcześniejsza wiedza zaowocowała i mogłam dostać znak w takiej formie, jaka nie jest mi już obca, a dzięki tej wiedzy, wzrosła również moja uważność. Być może już wcześniej napotykałam na swojej drodze podobne znaki, ale z racji niewystarczającej wiedzy, nie umiałam ich odczytać, bo po prostu nie zwracałam na nie uwagi, a nie zwracałam uwagi dlatego, że moje dotychczasowe doświadczenia nie wyczuliły mnie na bodźce, które odczuwamy coraz więcej i częściej podczas naszej osobistej wędrówki.

Uważność, myślę, że w dzisiejszych czasach jest potrzebną cechą. Nie tylko dlatego, że możemy dostrzec więcej rzeczy, ale dlatego, że potrafimy wtedy otworzyć się na potrzeby innych istot, które nas otaczają, a których często nie dostrzegamy, zagonieni szybkim pędem życia, a przecież wystarczy tylko na chwilę zwolnić, wtedy dochodzą do nas zewsząd sygnały. Nagle widzimy, że trawa jest bardziej zielona niż zazwyczaj, a śpiew ptaka przemienia się w melodię, która w kojący sposób oddziałuje na duszę, a której wcześniej nie postrzegaliśmy w ten sposób…

Anett

Przejdź do artykułu

Flażoletowy

liściu, siądź pod mym gościem;
chyba nie da się prościej, jak w masażu tajskim.
wodzą mnie receptami jak ten jeden tego drugiego
w ogrodzie rajskim.

byłem już nawet gotów na te listki
i na flażoletowe miraże, po których i tak łażę,
jak po korytarzach sny o przepustkach, talerze i lekarze.
miłość tu otula, miłość tu tańczy,
miłość tu kąpie mnie jak woda na Saharze.

chyba nie byłem tu gotów na paradygmat, jak zawsze;
chyba epikryza nie była gotowa na mnie, jak widzowie na porno w teatrze.
proszę, weź te tabletki i zobaczymy jak będzie,
to jak lot nad kukułczym gniazdem, tylko, że w Disneylandzie.

potem spotkaliśmy się w damsko-męskim WC,
w jakiejś dziwnej luce, pomiędzy ja wiem i ty wiesz.
ja pisałem ten dziwny wiersz, ty stałaś na dziobie sceny,
jak Johnny Cash.

pielęgniarka weszła, kiedy pisałem adaptację sztuki,
uznałem ja za niezłą sztukę, ale nie chciałem się zaadaptować.
w jej biuście też były luki, jak w tej opowieści o Wikusie Van De Merwe.
w głębokiej nocy świecił tylko jej kitel i troska.
wiesz, nikt nie chciał tu zostać jak te istoty z „Dystryktu 9”.

prognozy były dziwne jak zwiastun „Osady”.
z gabinetów sypały się recepty i rady;
trochę za długie, jak ujęcia w „Drive”…
był dziwny hype na suchy chleb i mokrą herbatę.
dziwne, że noc tu działała jak dwa litry Mate.

szukałem Cię zatem w każdym wierszu i na obchodzie.
białe wirujące postaci, jak w tańcu na lodzie.
„Historia Lisey”, jak marzenia o lodzie.
Dziwne rozmowy, by nie zostać na lodzie.
Też mam pidżamę w paski, taka jest teraz w modzie.

byłem już gotów na ruch kamery Aronofsky’ego.
mocno wrażliwy na wątek z Jennifer Connelly.
tu miałby się skończyć lepiej, niż dobrze.
tu miałby się nie skończyć w ogóle, dobrze?

byłem już gotów skończyć pierdolić o gotowości,
ale tak było prościej, więc znowu przeglądam Dalego,
żeby odpocząć od surrealizmu.
wszyscy się tu świetnie bawimy, jak Kot z Cheshire
i nikogo nie winimy za te wrzuty od Kapelusznika.

może mogło tu być bajkowo jak Felix, Net i Nika,
ale kiedy rozmawiamy to nie znikaj jak Kubuś od Krzysia.
też lubię miód, lasy i gadanie o misiach,
i kiedy zapada cisza, zanim ktoś zacznie czytać.

zresztą o ciszy mógłbym więcej i dłużej, ale
też lubię lubić Ciebie i lubię, że dobrze mi idzie w naturze.
w naturze nurzam te sensy, zanim Cię znużę,
chociaż chciałbym dłużej w naturze,
jak w Walentynki te krzewy i róże.

w naturze las jest cichy dłużej,
i lubię twoją ciszę i te słowa w chmurze.
i lubię, że się w lesie i w tych słowach dłużę.
całuję lasu tęczę i szpitala burzę.

Maciej Midor

Grafika: Rose Meditative, 1958 by Salvador Dali

Przejdź do artykułu

Rytuał

Latarka wysuwa się spod pachy. Nasiona, lista marzeń, koperta włożona w Księgę Magii. Głowa pełna informacji. Podniecenie. Ogród jak rześko. Szukam miejsca odpowiedniego do odprawienia rytuału, posadzenia rytualnych roślin i co ważne, zasłoniętego przed sąsiadami. Wiedźmy nie mają łatwego życia, ale smakuje…elektryzująco.
Księżyc?… Jest, czekała. Chwilę patrzyłyśmy na siebie. Przedstawiłam się. Szczególne uczucie. Mój ogród, pełnia jak wiele innych w moim życiu… A jednak. W blasku dzisiejszego księżyca jest inaczej. Nie chodzi o nieziemskość, niesamowitość, bajkowość czy cokolwiek pięknego mówią o Księżycu. Jest bezpiecznie jak w domu. Nie w strukturze pracowicie budowanej przez dziadka i ojca (choć doceniam dach nad głową), ale w Domu gdzie jestem właściwa, odpowiednia. Niczego mi nie brakuje i niczego nie muszę zmieniać. Jestem… i to napełnia mnie szczęściem. Oddycham głębiej, a powietrze smakuje Wolnością.
– Zaczynamy- chichoczę, a bąbelki radości szaleją pod skórą Odprawiam swój pierwszy rytuał! Jakkolwiek było, wiem, że było tak, jak powinno być.
Szepcząc do nasion, całuję Ziemię. Pocałunek dla prapra…prababki.

Hania Bonder

 

Przejdź do artykułu

Dla oczu jezior, księżyca i mgły

tu jest smutno i padają deszcze;
teraz to ja idę na przestrzeń,
nie moje wiersze.

dziwne żarcie z Biedronki i stokrotki z łąki,
bo chciałbym tu wpuścić Ciebie, a wypuścić pąki.

wszystko tu brzmi dalej jak w korytarzu na Kraszewskiego,
ale chyba już nie mylę jaźni z ego;
chociaż buduję relacje podobnie jak statki z klocków Lego.

wszystko brzmi;
dzisiaj to ty grasz białymi, okej?
nadal nie wiem po co te bramki jak mini-hokej…

nie wiem po co te bramki do odmiennych stanów;
te bramki między nami, jakby ktoś znowu miał skandować,
że nic się nie stało.

czegoś dalej jest za mało –
może tych za prostych spojrzeń i gestów.

za dużo wiary, niewiary;
za trudnych marzeń i testów.

ten wiersz by uwierzył raczej w rymy, niż w ich sensy w prawie;
tak jak roztańczoną nagość las uznaje mocniej niż piknik na trawie.

ten sam las, który sam w sobie ciągle staje się wierszem
dla oczu jezior, księżyca i mgły,
a wszystko w nim rymuje się jak cisza i przestrzeń,
albo jak ja i ty.

zawsze kiedy wchodzę… to wiersz wychodzi, wiesz?
poza siebie, jak w OOBE.
potem ściągam go do ciała, tak jak chciałaś.
potem ktoś czyta i mówi, że za duży odlot.

dla oczu jezior, księżyca i mgły te pląsy,
tak jakby las sam ściągał ze mnie ubranie.
to jak wizyta w Reserved, tylko na przeciwfazie;
chociaż wiesz, że tam się nigdy nie spotkamy, kochanie.

dla oczu jezior, księżyca i mgły jest ten brak montażu;
przedpremierowy pokaz w sercu lasu – biegnę dla kurażu;
nade mną nieba ażur, pode mną kroki lisów.
przede mną szepty brzozy, wokół wołanie cisu.

dla oczu jezior, księżyca i mgły, bla, bla, bla…
widzi to tylko mój terapeuta i cały świat.
to las jak z filmu von Triera,
dlatego wspólnie pierdolimy wszystkie konstrukcje z krat.

na chwilę przestaje być smutno, kiedy łabądź spogląda mi w oczy;
nie mówi nic o chaosie, coś o porządku psioczy.
cały ten kosmos moczy przez skrzydła – ustami jeziora.
tłumaczy mi, że kosmos się całuje tu z wodą,
a ja, że już późna pora.

no to stoimy tak przez chwilę jeszcze;
gadamy cos o syrenach, więc zaczynam mieć dreszcze.
gadamy o filmach Finchera i dźwiękach Reznora;
łabądź zwraca uwagę, że jest zimno już i późna pora…

przechodzimy do sedna rzeczy, czyli seksu z trawą i ziemią;
algorytmy obłędu chyba się same z siebie nie zmienią…
ona mi szepcze, że kocha wir i miraże;
ja jej, że gdzieś już pisałem, że też o tym marzę.

mam tak samo jak ty;
zdejmuję ciuchy dla oczu jezior, księżyca i mgły.
piszę dziwne piosenki w środku lasu,
dziwnie zgubiony dla miasta i ciągłości czasu.

Maciej Midor

Grafika :Obraz Alen Kopera

Przejdź do artykułu

Uwolnienie

Posłuchaj Siostro, mówię do Ciebie. To bardzo ważne chcę, żebyś mnie posłuchała. Ona jest tobą, Ty jesteś mną. To, co chcę Ci powiedzieć, jest głęboko zapisane w Twej pamięci. Ale nie wiesz o niej. Zamazane obrazy majaczą tylko wewnątrz duszy zalęknionej. Posłuchaj Siostro. Spłonęłaś na stosie. Niedawno zupełnie niedawno. Dobry stos Siostro, który potrafił usypać dobry fachowiec to taki, który płonął nisko. Na początku skwierczały tylko stopy i nogi do wysokości kolan. Reszta ciała wiła się w bólu, którego nie można przemilczeć. Daleka była droga ognia do głowy. Niektóre z nas miały szczęście, fachowiec mógł mieć dzień słabszy i, albo wiatr wiał mocniej, albo drewno było mokre, wtedy szczęśliwie zabijał je dym znacznie szybciej. Ale Ty Siostro płonęłaś długo. Bardzo długo. Jeszcze włosy nietknięte a stopy już czują do kości. Białe rozżarzone kosteczki marzące, by nigdy się nie narodzić. Poczuj to Siostro. To ty. To stało się. I nie stało się raz… Znasz Siostro obrazy wojen, znasz obozy zagłady, znasz ból i cierpienie. Widziałaś w telewizji. A stos płonął przez lat czterysta, nieprzerwanie równym boskim płomieniem, pożerając dorosłych i dzieci. Dzieci szatana… To dlatego się boisz. Poczuj to Siostro. Ja się boję. Ona się boi. Poczuj to Siostro. One się boją. My się boimy. Oddychaj. Pozwól jej spłonąć. Niech odejdzie w przeszłość, uwolniona. Uwolnij ją, uwolnij swój strach. Siostro. To Ty to Ja i to Ona. To stało się i nie stało się raz. Wypuśćmy ją. Niechaj odejdzie. Przyjmuję jej strach jak swój, pozwalam mu spłonąć. Wypuśćmy jej lęk, uwolnijmy wnuczki nasze i ich prawnuczki. Wracajmy do siebie Siostro. Do domu. Do mamy. Do Ziemi. To stało się i nie stało się raz. Lecz czas już się podnieść ze zgliszczy. Uwalniam swój lęk. Pozwalam mu spłonąć. Oddycham.

Dorota Bielska

Przejdź do artykułu

ODDECH

– Kocie jeden! Do domu!

Czarna kotka czmychnęła na balkon. Wychyliłam się za nią.

– Zimno! – Ulica lśniła wilgocią. Ciężkie żółte światło latarni wplatało się w marznące kałuże. Wzięłam płytki wdech.

– Psik! Wszystkie! Przeziębię się przez was.

Koty wgapione w mokre sosny nie raczyły odpowiedzieć posłuszeństwem.

– Sio!

Mimo zimna wyszłam na balkon. Bose stopy…rety, jakie to…cudowne. Uśmiechnęłam się. Igiełki zimna roziskrzały krew. Pozwoliłam im płynąć w górę. Wyprostowałam się. Powoli wciągnęłam w płuca marznące, mokre powietrze. Z początku ostrożnie, przecież nie mogę się przeziębić, później bez obaw, bez blokad, zapór wypełniłam się całym błogosławieństwem nocy.

Byłam jak szara wilczyca.

– Auuuuauu! – Zawyłam bezgłośnie w niebo. To tak wygląda wolność, dzikość!

Wzięłam drugi oddech. Oblepiająca mnie zgrzybiała glina wszystkich „mądrości” i „zdrowych rozsądków” wysychała i odpadała od… kryształowej struktury. Szaleńczo niebieski ogień spalał ciasne, pasożytnicze pnącze wychowania i edukacji.

Boso, nieubrana, nieuczesana, niespełniająca oczekiwań nabierałam mocy. Nie wdychałam powietrza – byłam powietrzem, wilgocią, byłam nocą świeżymi iskierkami lodu. Odrodzonym w lodowym ogniu Feniksem. Kryształowym wzorem na kanwie Wszechświata.

Hanna Bonder

Grafika: https://pixabay.com

Przejdź do artykułu

Wolność w sobie

”Ja… ja naprawdę w tej chwili nie bardzo wiem, kim jestem, proszę pana. Mogłabym powiedzieć, kim byłam dziś rano, ale od tego czasu musiałam się już zmienić wiele razy…”.

Ostatnio w moim świecie temat ludzi, a raczej obcowania z nimi nabrał znaczenia nadrzędnego. Bo jak to jest być jednocześnie osobą towarzyską i wycofującą ? Połączenie tych obu skrajności jest ciekawym zjawiskiem. To jak zabawa w chowanego — dostarcza wielu emocji. Najciekawiej jest, wtedy kiedy w jednej chwili czujesz, jakbyś chciał dać całe swoje serce dla tego świata, a chwilę później zastanawiasz się, czy dostaniesz je z powrotem, bo przecież ciężko jest żyć bez serca. Więcej — życie bez serca jest niemożliwe. Przynajmniej ja sobie tego nie wyobrażam!

Ziemia w swojej łaskawości gości u siebie ludzkość, a ta w całej swej okazałości jest człowiecza — sprzeczna w swojej urodzie i ta sprzeczność jest chyba tutaj najpiękniejsza. Czy sprzeczność jest zaprzeczeniem spójności, komplementarności i harmonii? Rozważam to w sobie i dochodzę do wniosku, że jedno drugiego nie wyklucza. Jestem sobą i Tobą – Ty również. Jestem białym i czarnym, smutkiem i radością, spokojem i niepokojem, jestem otwarta i zamknięta – to wszystko jednocześnie w jednej osobie. Stanowię całość. Jestem różnorodna. Jestem każda. Składam się z każdego atomu, każdej energii tej Ziemi. Nie jestem, inna niż Ty a Ty nie jesteś inny niż ja. W tym wszystkim jednak jesteśmy tak różni, że nie sposób znaleźć dwóch identycznych osób. Łączymy się w swoich podobieństwach i dzielimy w swoich różnicach – harmonia różnorodności.

Niezbędnym atrybutem, koniecznym, aby z pewną łatwością, egzystować w ludzkim świecie jest akceptacja. Akceptacja wszystkiego, czym jesteśmy. Zaakceptowanie swoich wewnętrznych sprzeczności powoduje, że rodzi się w nas spokój i szeroko pojęta miłość – a ta rodzi harmonię, bo miłość jest harmonią. Jedynym uczuciem na tym świcie, które jest błogosławieństwem. Błogosławię więc sobie, akceptuję w sobie moje sprzeczności i pozwalam temu płynąć. Uwalniam siebie od swoich oczekiwań i oczekiwań innych ludzi względem mnie. Jestem każda, jestem różna. Otwieram się i zamykam. Zmieniam zdanie. Stoję i biegnę. Przychodzę i odchodzę. Jestem i mnie nie ma. Lubię być sama i lubię być z Tobą i z Tobą. Lubię być sobą i ze sobą. Taka jestem. Jestem harmonią w swej sprzeczności – a Ty kim jesteś?

Agata Świderska
agata@akademiaducha.pl

Przejdź do artykułu

NOWE SPOJRZENIE ŁUKASZA – CZ. IX

Cykl pt. „Nowe Spojrzenie Łukasza” składa się z dziewięciu części. Każda z nich jest egzystencjalną i metafizyczną podróżą autora w poszukiwaniu sensu…

CZĘŚĆ IX – CISZA

CISZA – to w niej możemy doświadczyć całego siebie. Jest miejsce, nazywam je punktem zaciszenia, w którym doświadczam pełni istnienia mi dostępnej — i Ty również, choć może nazywasz je inaczej. W tej atmosferze wypełnionej ciszą, w której czuję, słyszę, smakuję i odczuwam, pozostałymi setkami zmysłów, tylko siebie jestem pełnią, zaufaniem i obfitością. Znajdź swój punkt zaciszenia. Co dzień znajdź go na nowo.

Z ciszy bierze się wszystko i do ciszy wraca. Wszystko jest dźwiękiem, częstotliwością, wibracją, tonem. Cisza z całą pewnością również. Nie chcę się tu zagłębiać w ontologiczne dywagacje, co było, czy choćby mogło być pierwsze − bowiem każda odpowiedź znajdzie się w zbiorze rozpoczynającym się w nicości, a kończy na wszystkim. Cisza zaś daje temu wszystkiemu zaistnieć, bowiem jest ona dla mnie tą przestrzenią pomiędzy. Ruch, bezruch, zatrzymanie. Dźwięk, brak dźwięku i cisza.

Te różnice pozwalają nam na odszukanie punktu odniesienia, nadanie znaczenia, a więc i przyswojenie sobie treści; pozwalają na rozróżnienie, znalezienie tego między aby móc porównać i zrozumieć, doświadczyć i poczuć. W chaosie, abstrakcji i nieustannym ruchu poszukiwania punktu zaciszenia są na wagę… samoświadomości.
Chwila ciszy jest zawsze przy mnie, często we mnie, a zawsze… w ciszy. Polecam!

Łukasz Nowak
www.nowespojrzenie.pl

Przejdź do artykułu

NOWE SPOJRZENIE ŁUKASZA – CZ. VIII

Cykl pt. „Nowe Spojrzenie Łukasza” składa się z dziewięciu części. Każda z nich jest egzystencjalną i metafizyczną podróżą autora w poszukiwaniu sensu…

CZĘŚĆ VIII -ODDECH

ODDECH — zaczerpnięcie wszech-świata w siebie; wpuszczenie, na poziomie materii, tego, co na zewnątrz do wewnątrz i oddanie siebie zewnętrzu. I tak raz za razem — nieustanna wymiana w ruchu życia. Czy zgadzasz się na to w pełni? Pozwól sobie na prawdziwy oddech. Zaczerpnij rzeczywistość w całego siebie, we wszystko kim i czym jesteś. Wypełnij siebie wszystkim, bo to wszystko jest również Tobą. Wdech i wydech. Cisza. Wydech i wdech. Cisza.

Oddech od urodzenia, aż do śmierci fizycznego ciała to trwanie ciszy przerywanej chwilą działania. Powietrze, mimo że otacza nas na każdym kroku, nie jest nami. Jest czymś zewnętrznym, innym, odrębnym. Podobnie jak Wszechświat, który z każdym wdechem zapraszamy w siebie, a każdym wydechem wracamy ponownie do samych siebie. Zaczerpnięcie Wszechświata to zaproszenie czegoś innego, nowego, czegoś, czym nie jesteśmy w danej chwili (czym jesteśmy, ale jeszcze tego nie znamy) i chwilę później oddanie tego, czym jesteśmy, puszczenie tego, czym się staliśmy i w to, przygotowane miejsce… Te odłamki ciszy często nie mogą stać się całością poprzez lęk – przekonanie o utracie cząstki samego siebie. Obfituje to w oddech płytki, niepewny. Zdarza się, że wstydzimy się nawet naszego istnienia! – niegodni czerpać z rzeczywistości pełnymi garściami. Warto w takich chwilach przypomnieć sobie, że w chwili narodzin bierzemy wdech pełną piersią.

Powietrze, które pobieramy, możemy czuć od samego czubka głowy, aż po najgłębszą przestrzeń miednicy. Możemy się nim wypełnić do samego pełna, ale nigdy tak, że część przeleje się przez granice naczynia. Możemy oddać wszystko, tak, aby stać się zupełnie pustym, lekkim, gotowym na przyjęcie, ale nigdy tak, że nas zabraknie.

Możemy brać wdech przez nos i wydychać ustami, aby dodać sobie energii. Możemy brać wdech ustami, a wydychać nosem, aby oddać nadmiar energii. Lewą dziurką nosa wdychać, aby zaktywizować prawą półkulę i kreatywność. Prawą – lewą półkulę i logiczne myślenie. Oddychać szybko i głęboko, aby dotrzeć do emocjonalnych złogów i traum. Oddychać wolno i równo, aby się zrównoważyć w harmonii. Pobyć w ciszy.Potrafisz wziąć głęboki, delikatny oddech całym sobą? Tak głęboki i spokojny, że poczujesz go aż w miednicy? I tak wypełniający, że dotknie on czubka Twojej głowy? Jeśli czujesz gdzieś przerwy, wiercenia, ból… bądź dla siebie delikatny i niepowstrzymany. Wdychaj i wydychaj siebie.
Powietrze przenikające przez całe Twoje ciało, wypełniające każdą komórkę spokojem.

Pozwól sobie żyć pełną piersią!

Łukasz Nowak
www.nowespojrzenie.pl

Przejdź do artykułu

NOWE SPOJRZENIE ŁUKASZA – CZ. VII

Cykl pt. „Nowe Spojrzenie Łukasza” składa się z dziewięciu części. Każda z nich jest egzystencjalną i metafizyczną podróżą autora w poszukiwaniu sensu…

CZĘŚĆ VII – ZAUFANIE

ZAUFANIE — wewnętrzna pewność budowana w trakcie poszukiwań odpowiedzi na pytanie ”kim jestem”. Bez zaufania do siebie nie może być mowy o zaufaniu do innych. Brzmi jak komunał, który od czasów Jeshui powtarzany jest do znudzenia. Kryje się w nim jednak głębia warta każdej, choćby najsilniejszej emocji. Ufaj, budując relacje z rzeczywistością, sobą i innymi. Ufaj, że wszystko, co przychodzi, jest dla Ciebie właściwe.

Istnienie pełnią siebie jest właśnie nim dla mnie – zaufaniem. Bądź właściwie „nią” – zaufałością.
Odczuwam siebie, tak jak mogę, w chwili teraźniejszej i jednocześnie pozostaję pełen w ruchu, pełen w zmianie, pełen zwyczajnego siebie w codzienności działania. Głęboka, wymuszona analiza otoczenia i siebie często jest skutecznym zaburzeniem tego procesu – lewopółkulowe rozpisanie co z czego i dlaczego; niepewne myśli odbierają szybko każde pokłady sił. W rozbiciu nie powstaje nic; w marazmie wszystko jest niedoskonałe; w chaosie nic nie jest godne. W zewnętrznej pełnej akceptacji obserwacji samego siebie obdarzam siebie zaufaniem! Daję sobie ciche zezwolenie, akceptację i pewność. Niespożyte siły idą wraz z tym! Z radością wówczas obserwuję swoje działanie – jak rodzic hasanie dziecka. Niby na niby, a na prawdę w lekkości życia.

Czasem, gdy wszystko idzie pod górkę trudno zauważyć ten szerszy kontekst wydarzeń. Bez względu czy coś oceniamy jako dobre, czy złe… po prostu takie jest, tak wyszło – możemy czerpać z tego naukę i podczas kolejnych zmagań wcielić ją w życie. Ufam, że wszystko, co się pojawia jest mi potrzebne.

Ufam istnieniu.

Łukasz Nowak
www.nowespojrzenie.pl

Przejdź do artykułu

NOWE SPOJRZENIE ŁUKASZA – CZ. VI

Cykl pt. „Nowe Spojrzenie Łukasza” składa się z dziewięciu części. Każda z nich jest egzystencjalną i metafizyczną podróżą autora w poszukiwaniu sensu…

CZĘŚĆ V – OBFITOŚĆ

Obfitość – wszystko jest energią – słychać często z różnych stron. Warto dodać, że skoro jest ona uległa świadomości, stanowi dla niej przyczynek działania, jesteśmy zewsząd otoczeni wszystkim, co potrzebne do rozwoju. Energia jest wszystkim – można i tak uznać.
Mimo oskarżeń nikt nigdy nie mógł nas jej pozbawić; tylko pozornie może jej zabraknąć. Możemy uwierzyć, że ktoś nam ją zabierze, możemy oddać innym odpowiedzialność, możemy wpaść w iluzję władzy drugiego, możemy dać się złapać w wymienne sidła ofiary i oprawcy… do obfitości zawsze na końcu wracamy.

Odetchnij. Zaczerpnij głęboko powietrza i wypuść je z głębokim westchnieniem. Pozwól sobie być sobą.

Skoro wszystko istnieje, a wszystko w czymś i odwrotnie się zawiera (fraktalność, o której kiedy indziej), to właśnie z obfitością przychodzi nam wszech obcować!
Z obfitością, która czerpie swój początek w Ja istnieję.

Bo skoro jestem w ruchu (a więc jestem ruchem) czerpię więc ze wszystkiego, co mnie otacza, a to w czym jestem zatopiony czerpie ze mnie. Przepływ, naturalny jak oddech, niepowstrzymany jak rzeka, stabilny jak góra… który sam, raz świadomie, nie potrafiąc dotrzeć do wszystkiego równocześnie, a czasem nieświadomie, nie potrafiąc wydobyć na wierzch, wstrzymuję, blokuję, albo płynę, a wiatr dmie w moje plecy.
Krok za krokiem zdobywając doświadczenie, nie tyle ucząc się nowego, czy zdobywając nowe przestrzenie, ile właśnie doświadczając siebie, przypominając sobie, tańcząc z życiem.
Jest przecież tak, że aby odnieść „sukces”, rozwijać się, „wejść na wyższy level”, a przede wszystkim po prostu przeżyć, w radości, kolejną chwilę – mamy w tym właśnie momencie, dokładnie wszystko, czego nam trzeba.

P.S.
Każdemu czytającemu życzę, aby wraz z biegiem przez wydarzenia miewał na uwadze granice samego siebie – zarówno te wewnętrzne, jak i zewnętrzne. Zamiast poświęcać swoją uwagę (a więc energię) na nieustanną ocenę siebie, ewaluację obecnych potencjałów, wytykanie potrzeb i biedaczenie o brakach zrobił niewielki krok i zobaczył, jak świat wygląda z nowej perspektywy, gdy wszystko jest dostępne.

 

Łukasz Nowak
www.nowespojrzenie.pl

Przejdź do artykułu

Nowe Spojrzenie Łukasza – cz. V

Cykl pt. „Nowe Spojrzenie Łukasza” składa się z dziewięciu części. Każda z nich jest egzystencjalną i metafizyczną podróżą autora w poszukiwaniu sensu…

CZĘŚĆ V – BRAK

BRAK – na pozór towarzyszy nam na co dzień; im głośniej o czymś ‚słychać’ tym częściej to ON głównym sprawcą. Pod nim, pod iluzją JEGO istnienia kryje się nieskończona obfitość istnienia, z której czerpiemy garściami przy każdym oddechu. Weź więc głęboki oddech i odczuj brak, tę pełnię pustki. Zbliż się do niej, wypełnij nią siebie i… zajrzyj za kurtynę.

Braku doświadczamy na co dzień, we wszystkim co robimy poszukując sensu, wypełnienia bezsensu, niecierpliwie wiercąc dziury w przestrzeni – naciskając pragnieniami, wzbraniając się przed musem.Braku doświadczamy na co dzień, we wszystkim co robimy poszukując sensu, wypełnienia bezsensu, niecierpliwie wiercąc dziury w przestrzeni – naciskając pragnieniami, wzbraniając się przed musem.
Pożerająca wszystko pustka pod którą drzemie chaos wszystkiego.
Dualizm słowny i pojęciowy bywa często mylący. Czy nie jest bowiem tak, że zadowalający poziom egzystencji, gdybyśmy chcieli go przestawić na skali, nie wypada wcale w okolicach 50% posiadania „czegoś”, a bliżej 80-90%?
Wszystko poniżej jest, o zgrozo, wypełnione brakiem, wszystko powyżej niedoścignioną obfitością, jakże często szczęściem drugiego, któremu możemy zazdrościć (przez porównanie) lub pędem siebie do doskonałości (we własnym ograniczonym jej rozumieniu).
Wcieliliśmy się TUTAJ, również po to, aby móc oczyścić się właśnie z braku, puścić niedoskonałość, zaakceptować pustkę jako przestrzeń na niczym nieograniczoną indywidualną kreację – a jako, że te programy (braku) mają się w nas dobrze, to i przyciągamy dokładnie takie wydarzenia, które odtwarzają w nas te właśnie nieskładne emocje i „zmuszają” do zachowań pełnych zawodu i straty.
Akceptacja tego, co się nam przydarza, pewność i zaufanie, że taki akurat „los”, taki zestaw wydarzeń wybraliśmy poprzez nasze niezliczone wcześniejsze wyboru, daje nam wielką siłę do obserwacji zmian jakie zachodzą w nas (a więc i na zewnątrz), ale i wielką, pustą przestrzeń do podejmowania działań mających zapewnić nam zgoła inną przyszłość.
Cała przestrzeń wokół nas zaprasza swoją chęcią i gotowością do kreacji w imię indywidualnej tożsamości.
Tak więc akceptuję siebie, tak jak i to wszystko, co mi się przydarza (to, co mnie dotyka) i wybieram obfitość. A ona służy mojej samorealizacji na wszystkich poziomach istnienia.

Łukasz Nowak
www.nowespojrzenie.pl

Przejdź do artykułu

Nowe Spojrzenie Łukasza – cz. IV

Cykl pt. „Nowe Spojrzenie Łukasza” składa się z dziewięciu części. Każda z nich jest egzystencjalną i metafizyczną podróżą autora w poszukiwaniu sensu…

Część IV – ZMIANA

Zmiana – transformacja to jedyna stała rzeczywistości. I choć często skrywamy się przed nią w wygodzie nieświadomości to w nią właśnie wpisany jest fundamentalny wzór na życie. Zamknij oczy, odetchnij głęboko i zaobserwuj ruch; nieustanny przepływ – krwi, płynu rdzeniowo-kręgowego, powietrza. Co za nimi stoi? co w nich się kryje?

Zmiana jest podstawą istnienia. Życie to przecież nieustanny ruch, a wraz z nim, oparta na potencjałach możliwość doświadczania. W dualistycznym paradygmacie w jakim przyszło nam żyć ruch istnieje dzięki różnicy. Oczywistym pojęciem wydaje się jedność, to jednak czy potrafimy zrozumieć świat, w którym + nie istnieje bez -, światło, bez ciemności, dobro bez zła, w którym wszystko jest jednym?

Czy świat bez ruchu może istnieć? czy może istnieć świat w bezruchu?

Zdaje się, że to tylko nasz / mój ograniczony zmysł postrzegający zmianę. Cieszy mnie to, że coraz jaśniej postrzegam, że wszelkie wybory jakie czynimy są odcieniami szarości, a nie decydującą brzytwą oceny. Moralność nie jest jednolita i zmienia się, dojrzewa wraz z naszą świadomością – wraz z nią wzrastają również nasze pragnienia ciągnąc za sobą potrzeby. Wraz z rozdzieleniem przychodzi jednak wielość poziomów w której łatwo się zagubić. Z jednego powstało dwa z dwóch trzy, a z trzech trzy tysiące. Z początku ta obfitość potrafi nas zaskoczyć, przyciągnąć, nęcić. Nie jest to bowiem obfitość prawdziwa, to raczej iluzja braku. Dopiero bowiem ich ograniczanie buduje nasz spokój – praca nad sobą i wybór minimalizmu wokół pomagają nam osiągnąć pomniejszoną wielość. To tu drzemie odpowiedź. Jedności nie można zobaczyć wprost, odczuwamy ją natomiast w niewielkich przejawach. Jeżeli nie pozwalamy sobie się rozproszyć, coraz lepiej i szybciej pozwalamy sobie doświadczyć siebie i to jest właśnie prawdziwa obfitość.

Nasze JA istniejące w przestrzeni pozostaje w nieustannym ruchu. Zmiana to przecież doświadczalna przestrzeń sunąca przez świadomość. Obrazy jakie wyświetlane są na naszych zmysłowych odbiornikach to zaledwie początek iluzorycznej podróży, dopiero to, co z nimi robimy, to jak bawimy się rzeczywistością nas buduje. Narzędzia przynależą do światów materii, zarówno to czym budujemy, co budujemy, z czego budujemy nie jest nami, nie jest nasze. Proces i z niego płynąca nauka staje się świadomością.

Czy, gdy zamkniesz oczy i spacerujesz przez przestrzeń, czujesz ruch swój, czy też bezruch swojego istnienia?

Łukasz Nowak
www.nowespojrzenie.pl

Przejdź do artykułu

Nowe Spojrzenie Łukasza – cz. III

Cykl pt. „Nowe Spojrzenie Łukasza” składa się z dziewięciu części. Każda z nich jest egzystencjalną i metafizyczną podróżą autora w poszukiwaniu sensu…

Część III

TOŻSAMOŚĆ

TOŻSAMOŚĆ – to wizja siebie biorąca się z odrębnej indywidualności. Jest wyjątkowym wzorem zależnym od wiedzy, kultury, tradycji, a nade wszystko specyfiki doświadczeń. Wczuj się w siebie, odczuj swoją pełnię, weź w nią głęboki oddech i zadaj pytanie: kim jestem?

To, co mogę nazwać, oswoić staje się cząstką mnie. Doświadczenie wzrasta we mnie, buduje mnie, tworzy obraz, który oglądam swoją świadomością. Mogę uznać toza część siebie, albo stwierdzić, że to do mnie nie należy. W obu przypadkach staje się to częścią mojej tożsamości.
Tak samo jak światłocień, również i dookreślanie siebie składa się z niezliczonych przełamań tego czego pragnę i odrzucam. Dualizm, rozwarstwienie, odmienność, określenia, oceny, nazwy…
…a pośród tego całego zgiełku ukrywa się niewprawnie potrzeba ciszy, zawsze jest obecna i chętna, jednak często interpretujemy ją jako brak, uznajemy jako wołanie o energię i przykrywamy pierwszym lepszym − uciekamy w ten sposób od siebie.

Cisza wynikająca z akceptacji siebei portafi zaskoczyć. Przestrzeń ofiarowuje wszystko, a cisza pozwala temu zaistnieć bez wysiłku. Pozwolenie sobie na odkrycie samego siebie jest formą łaski jaką tylko my sami możemy obdarzyć samych siebie. W tym balu masek − codzienności teatru życia z lekkością i radością możemy być wszystkim i niczym, każdym i sobą. Raz jednym, raz drugim, bo zawsze sobą pozostajemy. Ograniczani tylko przez Ja, w którym zawiera się wszystko, czym jesteśmy.
Pozwalam sobie na bycie sobą. Wówczas czuję, że jestem wszystkim.

Łukasz Nowak
www.nowespojrzenie.pl

Przejdź do artykułu

Nowe Spojrzenie Łukasza – cz. II

Cykl pt. „Nowe Spojrzenie Łukasza” składa się z dziewięciu części. Każda z nich jest egzystencjalną i metafizyczną podróżą autora w poszukiwaniu sensu…

Część II

CIAŁO − w pierwszym odruchu to fizyczna materia, którą możemy w ograniczonym stopniu zarządzać; to forpoczta całej dostępnej nam rzeczywistości. To jak obchodzimy się ze SOBĄ, tak… zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz. Wczuj się w emocje, pragnienia i potrzeby. Czy są one ciała, czy Twoje? Czy Ty jesteś ciałem, czy ono do Ciebie należy? A może to Ty należysz do niego…

CIAŁO

Materialne, namacalne upostaciowienie całej istoty, wszystkiego czym jestem, w fascynujący sposób przejawia się pod postacią ciała. Nasze wewnętrzne programy zostają wyświetlone w materii pod postacią komórek i informacji, jaka za pomocą światła pomiędzy nimi przepływa. Cała psychika i duch mieszczą się na centymetrach naszej wewnętrznej i zewnętrznej skóry, a każdy impuls procesu przepływa wirowym ruchem płynów.

W oddechu, krwi, życiu obrazuje się prawda fraktalności wszechświata i to w najbliższej mi formie. Każdy z poziomów z osobna i wszystkie razem dążą do względnej harmonii w ruchu – balansie na linie przewieszonej przez szczyty iluzji.

Obserwując ciało obserwujemy samego siebie, słuchając go uczymy się, poznajemy lepiej. To najbliższe nasze otoczenie należące do nas i jakże często jednocześnie pozostające poza naszą bezpośrednią władzą. Te wszystkie struktury, obrazujące zarówno świadomość, podświadomość, nadświadomość dążą w wielkim tańcu do względnej równowagi, do której zrozumienia kluczem pozostaje uważność.

W ciszy zastanowienia, bezruchu obserwacji te wszystkie elementy tworzą dopiero pełnię obrazu. Opuszczając umysł wraz z jego oceną, porównanie i chaosem niecierpliwości oglądamy siebie lekkiego, delikatnego, mgiełkę całości istnienia w przestrzeni bez przestrzeni. Często jednak nie dajemy sobie pozwolenia na doświadczenie pełni potencjału, nie zauważamy, że nasze ciało nie jest wystarczająco przygotowane, nie jest w stanie zaczerpnąć się prawdziwie do pełna. Zapomniało jak się to robi. Wówczas pomagają wszelkie przeciągania, a czasem i zestawy ćwiczeń uruchamiające dotychczas zastałe przestrzenie tkanek (jak joga, czy system Feldkreisa, w czasie którego uczymy się nowych sposobów ruchu).

Głęboki wdech i wydech.

Chwila ciszy spędzona tylko ze sobą.

Co czuję?

Czuję, że jestem?

 

Łukasz Nowak
www.nowespojrzenie.pl

Przejdź do artykułu

Nowe Spojrzenie Łukasza – cz. I

 

Cykl pt. „Nowe Spojrzenie Łukasza” składa się z dziewięciu części. Każda z nich jest egzystencjalną i metafizyczną podróżą autora w poszukiwaniu sensu…

Część I

JA – słowo służące określeniu świadomości własnej osobowości, swoich procesów myślenia, jak i poznawczych ścieżek. Wczuj się jednak w jego głębię, zamiast tylko nazywać znaczenie, zanim przeczytasz poniższy tekst.

JA

Czuję jak to słowo potrafi dźwięczeć we mnie wypełniając każdą dostępną mi przestrzeń; nie całą przestrzeń, ale tę przeze mnie oswojoną. Ten wibrujący ton mojego istnienia pozbawiony jest jednolitej tożsamości, zawiera w sobie wszystko, co znam i nic, z czego powstaję.

Czym jest to JA? ta przestrzeń którą jest i w której się jednocześnie zawiera?

Pytanie podejmowane od zawsze, od momentu, w którym można je było postawić. Sama możliwość jego zadania upewnia o rozdźwięku pomiędzy trwaniem, a zmianą i pomiędzy nimi istnieniem – ruchem samym w sobie, a zmysłem obserwacyjnym. Myśliciele głowią się nad jego dookreśleniem, a mi wydaje się, że odpowiedź może być najprostsza. W powyższym pytaniu naturalnie występuje podział, wydziela się więc pytająca świadomość, a odpowiedź na nie jest jedna i prosta, zamknięta i jednocześnie otwarta na rozwój – budująca samoświadomość.

Ja jestem. Ja istnieję. Ja jestem istnieniem. Ja jestem zmianą. Ja jestem działaniem.

Wszelkie dywagacje na temat tożsamości wprowadzać mogą jedynie dalsze podziały na iluzje, przekonania, rozwarstwienia, zmiany. Powyższa odpowiedź, silne i pewne stwierdzenie, zawiera w sobie pełnię. Jest mantrą. Pełnię w nicości, bo jeśli Ja istnieję to nic więcej istnieć nie potrzebuje, nie musi, nie wymaga, bo istnienie jest wszystkim. Przez tę chwilę w ciszy znajduję się sam ze sobą. Ogromną, nieskończoną mocą, siłą, niesamowitymi pokładami wszelkich energii istnienia.

Ja jestem, bo tak wybrałem.
Ja jestem.

 

Łukasz Nowak
www.nowespojrzenie.pl

Przejdź do artykułu

JOFIEL

Gdyby ktoś zapytał mnie, który rok w moim życiu był najważniejszy i który odcisnął się najbardziej na moim życiu, to zdecydowanie odpowiedziałabym, że 2006, kiedy zaczęłam jeździć na mecze mojej ukochanej drużyny piłkarskiej. Tak, wtedy faktycznie moja odpowiedź brzmiałaby, że 2006, ale nie dziś…
Od tego jakby nie było cudownego okresu, minęło 9 lat i chociaż wciąż miło wspominam rok 2006, to jednak wszystko, co wydarzyło się od roku 2015, sprawia, że tamte wcześniejsze wydarzenia były tylko preludium do okresu, który zdecydowanie przewrócił moje życie do góry nogami, dosłownie… bo oprócz przyziemności, którą znałam tak dobrze, okazało się, że ja-dusza-zapragnęłam przebudzić się i wrócić do świata, który był od zawsze nieodzownym elementem, spójnością, którą nikt i nic nie jest w stanie zaburzyć. A jak to właściwie się zaczęło?

Zaczął się rok 2015, skończyłam 25 lat. Nigdy wcześniej nie zwracałam uwagi na przyrodę w jakimś szczególnym znaczeniu. Potrafiłam docenić piękno natury i kochałam zwierzęta (czasem bardziej niż ludzi), ale poza tym, właściwie moja fascynacja matką naturą się kończyła. Rok 2015 zmienił wszystko. Nie dałam rady nie zwracać uwagi na fakt, że w nocy coraz częściej patrzę w niebo z jakąś dziwną nostalgią i tęsknotą, z tak silną, że przy pełni księżyca i niebie upstrzonym gwiazdami, czułam w oczach zbierające się łzy. Tak, wyraźnie za czymś tęskniłam, choć nie wiedziałam, za czym lub za kim.
Byłam również świadoma, że zaczęłam zwracać uwagę na malutkie żyjątka, które chodzą po ziemi i podczas spacerów z psem, starałam się omijać je, by nie zrobić im krzywdy. Ja, ta, która kiedyś nie zwracała uwagi na mrówki, czy inne stworzonka, które ginęły pod podeszwą moich butów, ja, która nie czuła wyrzutów sumienia, kiedy nadepnęła na ślimaka, niszcząc mu skorupę, dziś czułam ból w sercu, kiedy nie zauważyłam żuczka, skracając drastycznie jego żywot.

Nie wiedziałam, co się dzieje, czułam, że coś się zmienia, nie wiedziałam co, nie wiedziałam również, do czego to prowadzi, ale czułam, że ten rok będzie w jakiś sposób dla mnie ważny i zmieni moje życie, autentycznie. To z jednej strony okropne uczucie, kiedy zdajesz sobie sprawę, że coś się wokół Ciebie dzieje, a nie wiesz co i właściwie nie możesz tego zatrzymać, a z drugiej strony w dziwnie przyjemnym napięciu oczekujesz na ten meteoryt, który ma za chwilę rozwalić Twoją strefę komfortu.
Nie byłam zielona w sprawach dotyczących nowego porządku świata, od dziecka władza nie wzbudzała we mnie pozytywnych uczuć, ale też nie zagłębiałam się w ten klimat ze względu na silny związek ze sprawami przyziemnymi, chociaż jak się tak teraz zastanawiam, to na pewno od 2015 roku, moje zainteresowania w drastyczny sposób zmieniły się, więc znów wszystko sprowadzało się do tego, że ten rok nie był zwykłym rokiem…Pod koniec 2015 r. na moim koncie na facebooku polubiłam już odpowiednią ilość stron związanych z porządkiem świata, czakrami, aurą itp. Na jednej z tych grup poznałam chłopaka, który wywrócił do końca moje życie.

Wiecie zapewne jakie to uczucie, kiedy ni stąd, ni zowąd, doznaje się olśnienia, że coś lub ktoś miał pojawić się w naszym życiu i odegrać w nim jakąś rolę. Takie samo uczucie dopadło mnie w momencie, kiedy poznałam tę osobę. Wiedziałam już, dlaczego miała pojawić się w moim życiu. Byłam po prostu tego pewna, że ten chłopak miał wprowadzić mnie w świat mistycyzmu, miał otworzyć mi – duszy – bramę do świata, który od zawsze był mój. Tak właściwie zaczęła się moja przygoda z ezoteryką i całym tym wspaniałym klimatem. Chociaż nie wiem, czy powinnam pisać „przygoda”, powinnam raczej napisać, że w ten oto sposób, odnalazłam powrotną drogę do Domu…

Chłonęłam wszystkie informacje, które zdobywałam już na swoją rękę. W jednym momencie cały mój system wartości, to co znałam i uważałam za właściwe i prawdziwe, odrzuciłam i szukałam na nowo. Mój poukładany świat rozwalił się jak domek z kart. Czułam się źle, czułam się okłamana. Przez kogo? Sama nie wiem… Przez świat, przez ludzi, którzy uczyli mnie w szkole. W jednej sekundzie wszystko legło w gruzach i musiałam poskładać na nowo mój świat. Zweryfikować wszystkie informacje, ale jak to zrobić, żeby nie zwariować? Znałam tylko jeden sposób na tę chwilę. Medytacja.

Tak, postanowiłam, że to dobry sposób na kontakt z samą sobą. Zaczęłam więc praktykować medytacje, choć nie do końca wiedziałam, czy robię to dobrze. Robiłam to instynktownie.

Podczas którejś już medytacji wreszcie udało mi się rozluźnić na tyle, że zapomniałam o świecie (tym przyziemnym) i wtedy zdarzyło się coś dziwnego. Moje palce zaczęły się wykręcać w dziwnie nienaturalny sposób. Ręce lekko uniosły się do góry. Prawa ręka powędrowała w górę w geście „pozdrowienia”, następnie ta sama ręka położyła dłoń na moim sercu. W pierwszej chwili chciałam otworzyć oczy i… no właśnie co? Uciec? Gdzie? Dokąd? Postanowiłam, że nie ruszę się z miejsca i nie otworzę oczu. Przez moje palce i ręce przechodziła energia, której nigdy wcześniej nie czułam (a może nie zwracałam na nią uwagi?). Czułam jakby, ktoś podłączył się do mnie przez jakiś niewidzialny port usb i kierował moimi rękami. Znów usiadłam w wyjściowej pozycji do medytacji, w tym samym momencie moje ręce złożyły się jak do modlitwy i prawa ręka mimowolnie powędrowała w stronę mojego policzka i pogłaskała mnie z taką czułością, jaką może dać tylko mama. Rozpłakałam się, to nie były łzy strachu, bardziej łzy szczęścia, przepełniła mnie w jednej chwili jakaś niepohamowana radość, miałam wrażenie, że moje serce urosło do wielkich rozmiarów i wypełniła je czysta energia, energia miłości. Z wrażenia otwarłam oczy. Nie dowierzałam temu, co właśnie przed chwilą przeżyłam. W pierwszej chwili pomyślałam, że zwariowałam. Pytałam samą siebie, czy to normalne? A może tylko to wszystko wydawało mi się? Może tak naprawdę sama ruszałam tymi rękami? To nie tak, że nie miałam nad nimi kontroli, mogłam nimi ruszać, ale w trakcie, kiedy to „COŚ” pojawiło się podczas mojej medytacji, poczułam w rękach energię, której nie mogłam się oprzeć i której pozwoliłam się prowadzić. Byłam po tym wszystkim podekscytowana i zarazem zaniepokojona. Miałam w głowie mnóstwo pytań, z którymi zostawałam sama. Rodzice? Koleżanki? Komu miałam powiedzieć, co się właśnie stało? Wszyscy popatrzyliby na mnie jak na wariatkę albo stwierdziliby, że to sen, a snem tego nie sposób było nazwać. Byłam świadoma wszystkiego, co się działo podczas mojej medytacji.

Postanowiłam, że spróbuję ponownie za jakiś czas i tak jak sobie obiecałam, tak zrobiłam.
Tym razem przygotowałam się do tej medytacji. Zrobiłam okrąg z soli i usiadłam w nim, w myślach natomiast wypowiadałam formułki, coś na wzór, że jeśli istota, która mnie odwiedza, nie ma dobrych zamiarów, niech odejdzie. Nie musiałam czekać długo. Zaledwie paręnaście minut od rozpoczęcia medytacji, znów poczułam wyraźnie, jak przez moje palce zaczyna przepływać wyraźna energia i prawa ręka delikatnie i powoli podnosi się do góry w stronę Nieba(?) w geście pozdrowienia. Poddałam się zupełnie tej chwili, nie czułam niepokoju, choć byłam ostrożna i nieufna, wciąż w głowie miałam myśli, że może to wszystko jest nieprawdą albo co gorsze, że jest to istota, która chce zrobić mi krzywdę. Rozluźniłam się. Zadałam w myślach pytanie do tej istoty, czy chce mi coś przekazać. W tym samym momencie moja ręka wygięła się w kierunku mojej skromnej biblioteczki, wstałam i pozwoliłam prowadzić się tej istocie, która dyrygowała moją ręką. Z półki wyciągnęłam książkę, która była opracowaniem „Małego Księcia”. No dobrze, pomyślałam, ale co dalej? Bardzo szybko dostałam odpowiedź. Moja prawa ręka otwarła książkę (ja przed tym zamknęłam oczy i w myślach zadawałam pytania), w pewnym momencie ręka wygięła się, a palce zgięły, zostawiając na placu boju tylko palec wskazujący, który zaczął zataczać kręgi nad wybranym fragmentem. Otwarłam oczy, fragment przedstawiał treść, która mówiła o wyborze życiowej drogi, że musimy do tej drogi dojrzeć i zdecydować, czy chcemy nią iść. Byłam zdziwiona, jak trafna była ta odpowiedź na moje pytanie „i co dalej?” Moje następne pytanie pojawiło się w głowie jeszcze szybciej niż poprzednie „kim jesteś?” I znów zamknęłam oczy, rozluźniłam dłoń i pozwoliłam tej istocie na dyrygowanie nią. Tym razem również ręką kartkowałam strony, aż w końcu palec wskazujący zaczął zataczać krąg nad wybranymi zdaniami. Otwarłam oczy i w tym samym momencie, kiedy przeczytałam wybrany fragment przez tę istotę, przeszyło mnie znane już uczucie. Uczucie wypełniające całe serce energią miłości, a także uczucie olśnienia. W tym fragmencie była mowa o tym, że każdy człowiek, kiedy obiera swoją drogę, spotyka na niej nauczyciela, który zaczyna prowadzić swojego ucznia. Moje serce zaczęło bić mocniej, nagle ni stąd, ni zowąd przypomniał mi się mój sen, który miałam kilka dni temu. Sen był o moim przewodniku duchowym, spotkałam go w wielkiej bibliotece. Teraz uważam, że nawet miejsce nie było przypadkiem w tym śnie, bo od zawsze marzę o własnym pomieszczeniu przerobionym na bibliotekę, a poza tym od jakiegoś czasu, patrząc z tęsknotą w niebo, prosiłam o spotkanie mojego przewodnika duchowego. To wszystko wydawało mi się tak absurdalne, ale z drugiej strony, zaczęłam dopuszczać myśl, że magia nie jest tylko i wyłącznie w bajkach, że skoro te wszystkie zmiany dokonały się w moim życiu w tak ekspresowym tempie, to najwyraźniej KTOŚ chciał, żeby się wydarzyły i nie może to być absurd.

Dni mijały, moje medytacje przerodziły się w swoistą rozmowę z tą istotą. Dalej gdzieś z tyłu głowy miałam myśl, żeby być ostrożna, ale już nie tak jak na początku.

Przyznam szczerze, że zaprzyjaźniłam się z tą istotą. Zwierzałam się jej z każdego mojego dylematu, z każdej rozterki, zawsze dziękowałam jej za przybycie i również żegnałam się należycie. Ona też zawsze żegnała się ze mną cudownym gestem, po prostu kładła moją rękę na sercu i głaskała na koniec po policzku. Kiedy było mi źle i płakałam, ocierała moje łzy za pomocą mojego palca i kładła moje ręce na ramionach, dokładnie tak, kiedy chce się kogoś pocieszyć i przytulić.

Jednak pewnego dnia zapragnęłam poznać tożsamość istoty, która tak bardzo dodawała mi otuchy i która uczyła mnie i podrzucała „przypadkowo” różne informacje czy sytuacje w moim życiu. Kiedy zjawiła się znów, zapytałam wprost „kim jesteś?” Moja lewa ręka wyprostowała się i uformowała na płasko, coś na wzór kartki, natomiast moja prawa ręka podniosła się delikatnie i wyprostowała tylko palec wskazujący, przez który czułam wyraźnie, jak przechodzi prąd energetyczny. Zaczęłam pisać po mojej lewej ręce koślawe litery. Jedna po drugiej. Palec wskazujący delikatnie muskał moją lewą rękę, ale byłam w stanie odczytać napis, który po złożeniu literek formował się w słowo „JOPHIEL”. Znałam to imię. Moje serce przepełniła radość. Pomyślałam, że jeśli moim Nauczycielem jest Archanioł Jofiel, to niczego już nie potrzebuję do szczęścia. Otwarłam moje serce na Jofiela. Zainteresowałam się jeszcze bardziej światem aniołów. Zaprzyjaźniłam się z Jofielem jeszcze bardziej. Rozmawiałam o wszystkim, nie musiałam wypowiadać słów na głos, wystarczało, że myślałam. Odczuwałam jego obecność zawsze, kiedy działo się coś na pozór normalnego, choć zbieg okoliczności był zbyt duży, by myśleć, że to ot takie normalne zdarzenie.

Mogę dziś śmiało powiedzieć, że świat aniołów zmienił moje życie. Dzięki Jofielowi wyszłam z trudnego związku i dziś mam wspaniałego mężczyznę, któremu mogę powiedzieć o wszystkim, nawet o moich kontaktach z Jofielem i który nie patrzy na mnie jak na osobę, która oszalała. Jofiel jest w moim życiu cały czas, codziennie rano witam się z nim, a kiedy akurat nie rozmawiamy, czuję niespodziewanie słodki zapach np. wanilii i wtedy wiem, że jest przy mnie.

Tak, dziś zdecydowanie mogę napisać, że rok 2015 był rokiem, przełomowym, który odmienił całe moje życie i, mimo że mamy już rok 2017, to wciąż uważam, że 2015 r., pozwolił mi odnaleźć drogę do Domu, tego, który czeka na mnie ponad chmurami i tego, do którego zapewne kiedyś z radością powrócę.

 

Misza Misza

Przejdź do artykułu

To Ty jesteś życiem

 

Witam, nazywam się Kasia, długo zastanawiałam się nad tym, jakie jest moje „prawdziwe” przeżycie mistyczne, czy w ogóle takie miałam? Wszystko, co się dzieje w życiu, zasadniczo tym jest, jedynym problemem jest tylko to zauważyć, więc co ja zauważyłam w swoim życiu? Co doceniłam i wspominam jako ważne. To właśnie mój kontakt ze zwierzętami, niestety nie tak spektakularny, jak porozumiewanie się uniwersalnym językiem, który istnieje, tego nadal zazdroszczę Annie Breytenbach, która właśnie dzieli się tym z całym światem. To moje marzenie, ale mam w sobie potrzebę komunikowania się ze zwierzętami na swój sposób, spontanicznie, bez umysłu. Być może tak wiele razy używam tego daru, że nawet go nie rejestruję logiką, być może dlatego, że skupiam się na analizie, która została wyuczona w toku tradycyjnego leczenia i diagnozowania zwierząt. Zajmuję się diagnozowaniem, ale chcę opisać przeżycie sprzed moich studiów weterynaryjnych, które miało związek z końmi.

Od wczesnych lat jeździłam konno, dostałam pod opiekę pewną klacz o imieniu Irma. Ta klacz była zamknięta w sobie, jak tylko jeździec próbował się z nią porozumieć (niestety w fazie nauki za pomocą brutalnych metod), chowała głowę miedzy nogi i próbowała go zrzucić. Przestałam więc używać wodzy, musiałam odpuścić sobie kontakt z wędzidłem, aby umożliwić jej ruch. To była jazda w terenie, byłam sama, miałam może kilkanaście lat. Byłam tak mała i lekka, że nie mogłam wykorzystać masy ciała, siły łydek jak inni jeźdźcy do kierowania koniem. Moja praca polegała na zachęcaniu Irmy do ruchu, aż w końcu się otworzyła… Gnała galopem wzdłuż drogi, jakby rozwinęła skrzydła, ja na jej grzbiecie tylko trzymałam się, żeby wykonać zadanie – umożliwić jej ruch. Nie zastanowiłam się jednak nad tym, jak ją zatrzymam? Wiele razy byłam „ponoszona” przez konie, nic z tym nie mogłam zrobić, ze względu na wielkość „piórkową” i brak siły. Wtedy skomunikowałam się z nią, nie robiąc nic ciałem, przekazałam jej sytuację dzikiego pędu, w jakim się znalazłyśmy, wiedziałam, że szarpiąc się, tylko pogorszę sprawę i nie będę miała szans na zwolnienie, nie było możliwości wzięcia konia na tzw. woltę, gdzie w prosty sposób można zwolnić tempo… To była prosta bez możliwości skrętu. Wtedy poprosiłam ją o zatrzymanie na znak moich wątłych łydek, kiedy powiem nimi stop i zablokuję rękę, nigdy tego nie robiłam na tym, ani na innym koniu, tym bardziej w tak energicznym galopie. Zwykle wymaga to wcześniejszej pracy, przygotowania i nauczenia konia reakcji w sytuacji spokojniejszej ze stopniowym przechodzeniem do szybszych chodów. Nagle na ten nieśmiały znak zwolnienia tępa, Irma przeszła do… stępa. Tak po prostu, bez wysiłku, bez napięcia, na delikatny sygnał jak zaczarowana nie przeszła ani do wolniejszego biegu, ani nawet do kłusa, zaczęła iść stępem, jakby przełączył się włącznik z ON na OFF. Byłam tak zdumiona i szczęśliwa, że nie mogłam w to uwierzyć.

Każdy jeździec może powiedzieć, że to nic nadzwyczajnego, że odpowiednie wsiadanie w siodło potrafi w formie tzw. „półparady” wywołać taki efekt. Być może tego dnia właśnie to zadziałało, ale ja dodam do tych wszystkich instruktażowych książek, że jest to wywołanie połączenia ze zwierzęciem na poziomie duszy. Można tak jeździć przez całe życie, byłoby to wielkim szczęściem dla koni i jestem pewna, że terminy takie jak „przepuszczalność”, naturalna komunikacja z koniem czy innym zwierzęciem jest właśnie tym przeżyciem magicznym. Można trenować, „tresować” psy, kruki, nawet chomiki uzyskując porozumienie właśnie na tym poziomie mentalnym. Wielu robi to spontanicznie, mówimy wtedy, że mają doświadczenie, umiejętności, ale wiemy podświadomie także i my, że łączą się na swój sposób z duszą zwierzęcia i podejmują dodatkową komunikację poza gestem, słowem, mową ciała, głosu, który jest tylko manifestacją tego połączenia.

Dziś jestem pewna, że takie komunikaty od zwierząt odbiera każdy jego miłośnik, szczególnie od tych, z którym czuje się bardziej związany, to oznacza otwartość na wymianę, w której jest znacznie głębszy sens, niż nam się może wydawać. Na co dzień mam do czynienia ze zwierzętami, które nie czują się zbyt dobrze, przychodzą po diagnozę, po leczenie, przychodzą PO MOC, a ich opiekunowie szukają tej POMOCY u nas lekarzy, techników, asystentów, behawiorystów i wielu specjalistów z dziedziny medycyny weterynaryjnej. Jaki mamy cel? Pomóc im zrozumieć tę komunikację. Muszę powiedzieć mimochodem w rozmowie, aby właściciel zadbał o siebie, czasem „wyda” się, że cierpi na podobne zaburzenie, albo ktoś z bliskich choruję wręcz na to samo… Znajduję cystę w obrazie USG, a potem ktoś uświadamia sobie, że też ją ma. Odbieram z aparatu obrazy, czytam zdjęcia, ale podświadomie pracuję ze zwierzęciem, aby uwidocznić ten komunikat, który jest teraz najważniejszy, nad którym trzeba popracować wspólnie. Mam wrażenie, że zwierzę po prostu bierze to także w „swoje łapki”, jak my sprawy w swoje ręce. Sygnalizuje, że nie tylko idę z Tobą przez życie, aby Cię wesprzeć, kochać i cieszyć, ale znam także Twoje dolegliwości, czuję je i mam zamiar z nimi również coś zrobić. Wtedy idziemy do lekarza… Naszym zawodem powinno być uświadamianie opiekunom tej niesamowitej troski zwierząt o nich. Być może nie miałyby wielu ze swoich chorób? Nie wiem, nie ma to dla mnie takiego znaczenia, ponieważ widzę, że przychodzą z całą sytuacją, że przez nie człowiek również się otwiera, czasem powie coś, śmiejąc się przy tym, że to dziwny zbieg okoliczności, ale ufam, że w jego wnętrzu zachodzi wtedy zmiana. Zamykam się z nimi na kilka chwil, opisuję im narządy ich zwierząt, a pod tym wszystkim, co widzialne i namacalne dusze zwierząt, istot z nimi przychodzących wykonują znacznie ważniejszą pracę. Wiem, moja też jest ważna, pozwala na dobranie leków, pomaga lekarzom prowadzącym potwierdzić obrany kierunek terapii, ale to nie jest jedyny poziom naszej pracy i choć tego do końca nie pojmujemy, energia płynie podczas naszych rozmów, konsultacji i każdej czynności wykonanej w przebiegu chorób.

Każdy lekarz powinien zrozumieć, jak ważna jest życzliwość wobec ludzi i zwierząt, choć czasem trudno zrozumieć i pomóc, z powodu różnych przeszkód, to należy ufać, że każdy rozgoryczony ktoś, nawet ten najbardziej agresywny, brutalny i okrutny ma obok siebie kogoś, kto z własnej woli chce i pragnie z nim to dzielić. Dlatego tak ważne jest nieocenianie sytuacji, w jakiej znalazł się ów zwierz i człowiek, który w naszym mniemaniu nawet znęca się nad nim. Nie możemy tego akceptować i powinniśmy działać według naszej wiedzy i doświadczenia, posługując się prawem, urzędem, „blachą”, jeśli trzeba, ale nie bądźmy energią, której nie akceptujemy, ponieważ natychmiast się z nią tym osądem związujemy. Bądźmy, tym kim zawsze chcieliśmy być, a to bycie, to manifestacja energii, którą wspierasz w tym życiu, czym więc chciałbyś być? Kim jesteś, kiedy oceniasz człowieka podpalającego psa? Czy kiedyś zastanawiałeś się, jaki to ma inny sens poza niezaprzeczalną krzywdą? Co czujesz, propagując filmiki znęcania się nad zwierzętami? Jaką energią wtedy jesteś? Litością, współczuciem czy agresją wobec oprawcy? Czy mam zatem zamknąć oczy i udawać, że tego nie ma? Nie, nie możesz niczego udawać, ale świadome bycie, to czynienie na dany moment, jeśli to się dzieje obok Ciebie po prostu działasz, a jeśli to wciska Ci „świat” metodą filmu to przesłanie, które nie niesie żadnej pomocy poza nabijaniem emocji, więc zastanów się, czy chcesz dawać mu swoją uwagę. Za uwagą podąża nasza energia.

Poruszam ten temat, bo czuję, że ma to ogromne znaczenie w pomaganiu zwierzętom, zwierzętom, które szczególnie teraz potrzebują naszej pomocy. Szczególnie teraz, kiedy ptaki, które mylą swe tory, gubią drogę z powodu naszych działań na ziemi. Powinniśmy czynić jak najwięcej konstruktywnej energii dla nich. Jeśli chcesz pomóc, przestań wypisywać o tym na portalach, tylko wyjdź z domu, rozejrzyj się i zacznij czynić. Być może kot, który miauczy między samochodami na parkingu obok twego bloku, jest tym, któremu możesz najbardziej pomóc, przecierając jego zapuchnięte oczy rumiankiem, biorąc go do lekarza. Być może możesz pomóc Fundacjom, lekarzom oferując swój czas na pielęgnację, dokarmianie czy nawet leczenie zwierząt. Być może możesz złapać kotkę, która wydaje zbyt wiele kociąt na świat i nie unosi tego ciężaru, skazując siebie i kocięta na cierpienie i choroby. Jeśli chcesz się podłączyć do pomocy, niech będzie ona zgodna z Twoim wnętrzem, wiesz doskonale jak to sprawdzić – jak się z tym czujesz? Ciężko? – czy to naprawdę Twoja prawda? Lekko? Czy to nie to, co powinieneś zrobić? Odpowiedzi nie szukaj na zewnątrz, do wszystkich masz dostęp jedynie poprzez uważność. Być może to jest czas na jej uruchomienie, być może robisz coś, co nie pozwala Ci swobodnie myśleć, być może nie wiesz już, co w ogóle masz ze sobą zrobić? Wtedy zajmij się porządkowaniem, wiesz doskonale, co Ci nie służy, co mąci, co rozprasza, najtrudniej jest podjąć decyzję czy to jest ten dzień, w którym nie chcesz już dawać temu mocy? Każdy ma ogromną moc, każdy zasila tak wiele potencjałów, że może czuć się wypruty z energii, wiecznie zmęczony, to jest czas na analizę, gdzie idzie moja moc? Dlaczego jej nie czuję, być może nawet nie wiem, co czuję? Co jest tak ważne, bolesne, że nie chcemy poczuć? Czujemy, że zwierzęta są tą drogą, ale nie zawsze idziemy nią świadomie, myślimy tylko, że jesteśmy wrażliwi i że w ten sposób pomożemy, udostępniając okrucieństwo, bo właśnie tak się czujemy, w tym właśnie tkwimy, dlatego to do nas trafia, przeżywamy to, jak własną tragedię duszy, bo być może tak właśnie ona się czuje?! Życie to manifestacja energii, którymi jesteśmy, nic innego. Jeśli pod takim „brutalnym” filmikiem nie ma nawet adresu, gdzie mógłbyś pomóc ująć sprawcę, jeśli to nie jest filmik np. poszukujący domu dla poszkodowanego zwierzęcia (dzwonisz, ale nikt nie chce oddać Ci tego psa/kota, albo pomoc robi się strasznie skomplikowana, dziwna…), to nie jest to żadne wołanie o pomoc, jest to ściągnięcie mocy z Ciebie dla zupełnie innych celów.

Komunikacja ze zwierzętami ma wielką moc, potrafi uzdrawiać, dlatego zwierzęta też decydują się na chorowanie, czasem nawet umieranie. Wiedzą jak wiele to może dać, jak wiele transformacji czynią w tym procesie. Jak wiele uczą nas byciem tu i teraz. Nie rozpamiętują krzywdy, ściągają lęki i emocje, są nimi, aby pokazać i choć trochę wpłynąć na jakąś zmianę. Jest to tak niesamowite, że nawet nie potrafię tego opisać, jak wiele można odczytać z tych relacji, jak bardzo chcą one zwrócić uwagę nie tylko na chorobę, ale także na jej przyczynę. Szkoda, że tak rzadko bierzemy to pod uwagę, boimy się zgrywać „wariatów”, mówiąc o tym połączeniu, a być może na tym „wariactwie” powinna skupić się medycyna właśnie.
Proszę więc przestać ulegać beznadziei, że medycyna idzie w złym kierunku, że sterydy i antybiotyki szkodzą, że istnieje tak duży opór przed medycyną holistyczną, bo szkoda na to energii. Wzmacniamy tylko to, na czym się skupiamy, więc skupmy się na prawdziwym dawaniu MOCY. Czy to za pomocą czaru, rytuału, czy to głaszcząc zestresowanego psa, gdy mówimy mu „nie bój się, bo nie ma czego”, słucha także każda istota, która jest z nim połączona, bez względu jak się to materializuje. Uzdrawiamy i transformujemy za pomocą absolutnie wszystkiego, bo wszystko jest energią, zastrzyk, dotyk, badanie, czasem wstrząśnięcie opiekunem, tzw. „ochrzan”. Biały fartuch, szkiełko i oko uzupełnia ducha w tej gęstości, wiec nie bójmy się działać i dać sobie pomóc za ich pomocą. Działanie minerału, zioła nie jest niczym ani lepszym, ani gorszym od dobrze dobranego leku, więc nauczmy się skupiać na pożądanym efekcie działania swoją uwagę. Wiemy, że możemy podłączyć się pod efekt zwany PLACEBO, ale tak samo możemy się podłączyć pod efekt NOCEBO, dlatego miejmy świadomość tego, że to my wybieramy, że to my nadajemy kierunek i kreujemy efekt, co myślę, że w Akademii Ducha jest podstawą świadomego działania.

Życzę sobie i wszystkim uczestnikom tego niesamowitego wydarzenia wielu inspiracji w rzeczywistości, która wprost krzyczy do nas o uwagę, usilnie ściąga nas z przeszłości i przyszłości, w których tak mozolnie tkwimy. Bądźmy tu i teraz i zacznijmy być tym, kim zawsze chcieliśmy być, zaczynając od własnego domu, traktowania siebie, swoich zwierząt, bliskich. Bądźmy taką czułością, wsparciem jakiego oczekujemy od świata, bo to MY musimy najpierw stać się zmianą, aby zaobserwować ją we wszechświecie. Wiem, jak to może być trudne, bo sama przeszłam tę drogę i chyba ona jest tym przeżyciem, bo żyję i przetransformowałam to wszystko, co mówiło mi, że jest inaczej. Wielu z nas nie chce tu być, nie pasuje do tego świata, a jest to kolejna iluzja podana przez „świat”, który sami tworzymy, czy jest prawdą? Jeśli nie sprawdzisz, nie przekonasz się, dlatego nie warto z niego rezygnować, choćby miało to zmienić wszystko? Czy jesteś na to gotowy? Aby stracić wszystko zyskując siebie? Czy teraz widzisz, dlaczego czasem trzeba zabrnąć właśnie tak daleko, dlaczego dopiero po x latach otwierają się oczy, dlaczego po tylu błędnych ścieżkach wpada się na tę najważniejszą? Dlaczego tak wiele dróg zdawało się tymi ostatecznymi i najprawdziwszymi, po czym trzeba było z nich zejść, otrzepać się i spaść znowu, aby pozbyć się tylu iluzji. A wszystko już poręczone, że przecież to ta droga, która miała nam zastąpić nasze życie. To Ty jesteś życiem!

Kasia S.

Przejdź do artykułu

Moc Świata Nocy

Cierpię na bezsenność, która mnie uszczęśliwia, gdy niebo jest przejrzyste. Tej nocy właśnie tak było, księżyc w całej swej okazałości świecił jasnym przezroczystym światłem, a gwiazdy mu wtórowały, nie chcąc pozostać w jego cieniu.

Na zewnątrz był straszny mróz około minus osiemnastu stopni. Po nie udanych próbach zaśnięcia postanowiłam wyjść na papierosa. Kiedy otworzyłam drzwi, oniemiałam z zachwytu, szybko jednak wróciłam do domu po głośnik, taborecik, ciepłą czapkę i rękawiczki. By móc pozostać tam jak najdłużej. Gdy się już wygodnie ulokowałam, włączyłam muzykę, próbowałam uruchomić zapalniczkę, która przy tej temperaturze odmawiała współpracy, jednak w końcu odpaliła i zaczęłam palić.

To zabawne, bo po chwili mój oddech zelżał i oddałam się medytacji, rozmawiałam z Bogiem, Aniołami, Księżycem i Gwiazdami. Nie czułam jak płynie czas, zupełnie się zatraciłam w pięknie wszechświata. Dużo myślałam, o konstrukcji świata, o tym, co mogę zrobić, by zrozumieć go lepiej, nie tylko o tym, co dzieje się na tej planecie, ale tak całkowicie, jakimi prawami rządzi się wszechświat, kto nim kieruje.

Czułam, że jestem tam fizycznie, siedziałam na drewnianym taboreciku, ubrana na cebulkę. Jednak jednocześnie, znajdowałam się gdzie indziej, w innej rzeczywistości, nieznanym wymiarze czasu i przestrzeni. Moja dusza szybowała po przestworzach galaktyki, pełna radości i spokoju, w końcu wolna, nieograniczona, odkrywając przede mną karty, mocy świata nocy. Tak właśnie działa na mnie rozgwieżdżone niebo. Sprawia, że się rozpływam, zatracam, relaksuję, nawet w bardzo mroźną noc. Pomimo zewnętrznego zimna, jestem napędzana jakąś niezrozumiałą dla mnie siłą, niewyjaśnione ciepło ogarnia moje ciało i wnętrzności. Tak jakby jakaś istota, gdzieś daleko w kosmosie bardzo za mną tęskniła i wysyłała mi tysiące kul białego światła i miłości.

W gonitwie moich myśli, rzuciłam życzenie, prośbę o znak od Boga … Z mojej nocnej przygody, wyrwał mnie on sam. Nagle na czarnym jak atrament niebie, w środku zimy, usłyszałam kaczy „śpiew”. Odwróciłam głowę i zobaczyłam lecące kluczem trzy dzikie gęsi oświetlone światłem księżyca. Były na tyle blisko, że mogłam się im dokładnie przyjrzeć, byłam oniemiała. Patrzyłam jeszcze za nimi dobrą chwilę, by następnie złapać iPhona i sprawdzić jak dokładnie wyglądają te ptaki. Po upewnieniu się co właśnie widziałam, próbowałam odnaleźć ich symbol, by zrozumieć co dokładnie znaczenie tego przesłania. Zostałam jeszcze chwilę przed tym krajobrazem piękna, dziękując Bogu i wszechświatowi za to, co od nich dostałam. By następnie udać się do łóżka i mieć piękne i spokojne sny.

Justyna J.

Przejdź do artykułu

I co teraz?

 

i co teraz?
i co teraz, istoto światła?
gdzie się podziałaś?
gdzie byłaś, istoto światła?
ja tu byłam.
ja tu czekałam, istoto światła.
i co teraz?
co z tym zrobimy?
no co?
czy jest cokolwiek, co możnaby zrobić,
żeby to się nie zadziało?
żeby chłopiec nie odszedł,
a dziewczynka, żeby nie płakała?
nie płakała.
bo te łzy, to też twoje łzy,
istoto światła.
miesiące płodowe.
miodowe miesiące.
istoto światła.
kiedy tak stoisz na moim dachu;
przysiadasz, kiedy oczy wszystkich są zwrócone w nicość;
ja czuję to cesarskie cięcie.
cesarskie ścięcie.
bo to ścięcie, to też twoje ścięcie.
de-kapitacja.
kapitulacja.
jakby ostatni zakręt.
istoto światła.
po co to wszystko?
po co ci te skrzydła i rytuały?
po co ci imię, skoro jesteś światłem?
ja teraz muszę iść.
muszę odejść stąd, istoto światła i nie próbuj wabić mnie melodią.
znam tę piosenkę.
nucę ją przed snem.
ale teraz chyba nie jest czas na sen.
być może po raz pierwszy nadszedł czas na przebudzenie.

Maciej Midor

Przejdź do artykułu

PRZESTRZEŃ

 

Wysokość chciejstwa jest ważna, nie dla mnie, odkąd poczułam ciekawość nieskończonych konstelacji wnętrza…
Gdyby tak konstelacje światów materii i ducha przebiegać w podskokach od jednego w drugi i znowu z powrotem…
Gdyby tak dotykać palcem drewnianym na wysokości Być Może zalążka w puchu tchnienia…
Gdyby tak rozwachlarzować niebo krzykiem i podciągnąć je ku sobie…
Gdyby wyśpiewać ośmieloną spiralę ze wszystkich siebie i dać Jemu, aby kłębek innego wszechświata utoczył, rozświetlonego wiedzą, rozsądkiem i świadomością tak, aby nie był Rzutem Kości jak u Mallarmego…
Gdyby wstąpić w jednej chwili do każdego gniazda i pocieszyć wszystkie łzy tonące w rzęsach, poprzytulać samotności niechciane, dotknąć tęczę tryskającą ze źródła diamentowej mądrości Tego, który mnie z próżniowej kuli przywołał i poprosił, abym stała się gwiazdą świecącą w Jego konstelacji dobrego znaku sumy wszystkich pamięci tego, co było i zaświadczało o Jego Wysokości.

Jak Gdyby w onirycznym punkcie startuję i przez tajemniczą przestrzeń do ostatecznego punktu podążam, zmuszając po drodze batem żywych myśli do przesiadki węże na niebie.
W tej podróży punktowej po linii okręgu wyczuwam nieprzyzwoitą rozciągłość w czasie i niezrozumiałą potrzebę życia jednoczesnego we wszystkich płaszczyznach i figurach, punktach i kulach…, czuję instynktownie, że gdyby tak się stało, cała tajemnica wyszłaby na jaw…wielka tajemnica Przestrzeni mojej…

Sylwa

Przejdź do artykułu

Pokochać Miasto…

Przemyślenia nie tylko mistyczne Kasi Barczyńskiej na …czerwiec.

Ruszają znowu kryształowe podróże, ludzie ruszają w przestrzeń Natury i cywilizacji… Nasza wzajemna łączność, porozumienie i zrozumienie jest kluczowym elementem dalszych losów świata…
Odnawiają się dawne relacje na nowych zasadach, pogłębiają się dotychczasowe i powstają nowe na poziomach niezwykłej głębi i wzruszającego zrozumienia samej istoty rzeczy…
Popatrzmy na nasze relacje z Ziemią – kochamy Naturę, ciągniemy do przebywania w niej, lubimy spacerować po urokliwych łąkach pełnych kwiatów i traw, w zacienionych lasach, posiedzieć nad przejrzystą wodą, zanurzać się w jej łagodności, czuć muskanie wiatru na skórze, ciepło słońca, słuchać szumu drzew, odgłosów zwierząt. Bardzo to wszystko wycisza i uspokaja nasze skołatane nerwy i serca.
A jak postrzegamy miasto? Miejsce, które sami tworzyliśmy przez wieki, tysiąclecia – jako wyraz swojego najwyższego rozwoju? W naszych czasach jest to zwykle miejsce, gdzie osiedliśmy z powodów bytowych, sentymentalnych, rodzinnych, praktycznych… mamy tu szkołę, główne źródło utrzymania i wybrane swoje miejsce na Ziemi. Czy je kochamy? Całym sercem? Jak możemy to postrzegać w porównaniu z wrażeniem przenikania się z energią pięknego zakątka w górach czy nad oceanem?

Miasto jest obecnie największą kumulacją szeregu zanieczyszczeń chemicznych, emocjonalnych i energetycznych. Poprzez zgrupowanie tak wielkiej masy ludzi na niewielkim obszarze wielu z nas odczuwa nieświadome poczucie zagrożenia i również produkuje wibracje lękowe. Są one nieustannie wzmacniane informacjami z mediów i sygnałami z pola informacji zbiorowej, miejsc ciągłego cierpienia ludzi – więzień, szpitali, hospicjów, domów społecznych, dziecka, poprawczych… nawet naszych domów…

Poza obecnymi zanieczyszczeniami przemysłowymi mamy jeszcze do czynienia ze wszystkimi nawarstwieniami zdarzeń historycznych miasta – często od tysiąca lat, ale także od początków bycia „człowieka współczesnego” na Ziemi tzw. „początków kultury i cywilizacji”. Te zdarzenia są zwykle żywymi energetycznie wspomnieniami – poprzednich kultur, imperatorów, cesarzy, królów, władzy, rewolucji, upadków kolejnych ideologii, wielkich bitew, więzień i obozów zagłady, gdzie masowo ginęli ludzie, ingerencji służb policyjnych i wojskowych, wojen religijnych i przewrotów społecznych, bezładnego narastania tkanki mieszkaniowej z dzielnicami biedy i patologicznych zachowań… Kultywujemy te zdarzenia i ich energie w nieustannym przypominaniu i gromadzeniu „wiedzy historycznej” – obchodzimy ich rocznice, jest to nasz obywatelski, patriotyczny obowiązek. Energia powstała historycznie stale jest zasilana naszą uwagą i energią naszych myśli, napełniana gniewem, agresją, nietolerancją inności, nienawiścią do innych narodów, religii, przekonań. Co rok, dziesięć, sto – organizujemy ciągłe rocznice, rocznice wszystkiego – często związane z krzywdami gruntującymi nienawiść pomiędzy sąsiadującymi narodami. Nasze zmęczone głowy mnożą podziały i hierarchie. Niektóre miasta są obciążone historycznie cierpieniem tak jednoznacznie, że nie daje się temu żadnej szansy na zakończenie – np. miasta z obozami zagłady przepełnionymi codziennie dziesiątkami wycieczek, czy miejsca wielkich bitew, czy stolice o znaczeniu „bardzo ważnym historycznie”, miasta kultów i wielkich szlaków pielgrzymkowych. Ta ziemia nie może zapomnieć… zapomnieć w naszych głowach…

A jaka jest pierwotna przyczyna powstania dzisiejszego dużego miasta o niezaprzeczalnym znaczeniu „kulturowym, religijnym i turystycznym”?

Wszystkie miasta średniowieczne czy wcześniejsze o rodowodzie antycznym i prehistorycznym mają w swojej strukturze miejsce, które było pierwotnym grodem. Miejsce to było starannie wybrane. Może być wypiętrzone w postaci wzniesienia – naturalnie obdarzone energetycznie większą wibracją – według zasad fizyki, a także w otoczeniu rzeki czy jeziora. Od swojego pierwszego spotkania z człowiekiem takie naturalne miejsce miało silne działanie na zmiany w jego energetyce. Wzmacniało i uzdrawiało, często również wodą ze źródła lub kontaktem z potężnym drzewem z mocno podniesionymi wibracjami. Wielkie „pomniki przyrody” – najczęściej potężne dęby, platany czy oliwki – zachowują swoją żywotność – „nieśmiertelność” właśnie dzięki niezwykłej energii miejsca, na którym wyrosły. Woda źródlana wypływająca z takiego wzgórza, zioła tam zbierane mają zwiększone właściwości podnoszenia wibracji organizmu i powodują proces samoleczenia organizmu. Jest to zupełnie oczywista pierwotna zasada leczenia naturalnego. Zarówno ludzie, jak i zwierzęta mieszkający na co dzień i zanurzeni życiem w przyrodzie wyraźnie czuli te podwyższone wibracje i przybywali do tego miejsca w potrzebie. Nie było tam wtedy stojącego „kapłana” czy lekarza, który udzielał instrukcji i odprawiał swoje celebracje. Każde Stworzenie miało w sobie zwykłą, naturalną umiejętność korzystania z tej mądrości. Takie miejsca zostawały w oczywisty sposób przedreligijnymi „miejscami kultu” Przyrody – miejscami podziękowania za uratowanie zdrowia i życia – odbywały się tam dziękczynne wewnętrzne procesy w duszy człowieka. Ceremonie – nie w sensie dzisiejszego rytuału prowadzonego tylko przez długo kształconych „wybranych”, ale po prostu zwykłe akty miłości do miejsca, które przyczyniło się do zdrowia ukochanej istoty. Zdrowia na poziomie fizycznym i duchowym, bo poszerzało nieustannie utracony przepływ pełnego kanału połączenia z wyższym Ja czy po prostu obiegiem energii życia. Miejsce niezwykle silnej wymiany miłości i wdzięczności, powiększania przestrzeni serca, zdrowia. Dziś te naturalne miejsca szumnie nazywane Miejscami Mocy, odkrywamy i tworzymy formy myślowe niesamowitych struktur węzłowych, układów liniowych, czakr Ziemi określonych jako konkretne liczby, nazwy i symbole, nadajemy temu wymiar nauk dla wtajemniczonych. Mamy to pięknie poszeregowane w głowie, piszemy i czytamy mądre książki i ciągle pragniemy poszerzać te nauki i docierać do tych dalekich i bardzo ważnych miejsc… Czakram i jego moc…

A może wystarczy wyjść przed dom i poszukać najbliższego dużego drzewa czy wzgórza i łączyć się z nim sercem? Przecież to wszystko jest przejaw tej samej przyrody i energii. Jest połączone i w nieustannym obiegu. Każde drzewo czy kwiat może nas połączyć z dowolnym miejscem na naszej Ziemi! Doceńmy prostotę tego fenomenu!

Jako cząstki przyrody, nosimy ją też w sobie – jesteśmy częścią Czakramu Wawelskiego, częścią Egiptu, częścią Tybetu, częścią Hawajów, częścią Peru i Jukatanu, częścią wszystkich świętych ziem sprzed wszelkich tradycji… dlaczego tego nie czujemy i pędzimy ciągle w poszukiwaniu szczęścia, religii, ludzi i krain, lepszych niż tu gdzie jesteśmy? A do tego mieszkamy w wielkim mieście, gdzie odczucie połączenia z przyrodą jest dla nas dość utrudnione.

Jak kochać miasto? Miejsce z tak dużym obciążeniem utworzonym w materii przez nasze działania i wizje? Jak radzimy sobie z tym? Uciekamy z zagęszczonych osiedli do parków i ogrodów (często na miejscu dawnych cmentarzy…), spacerujemy starymi uliczkami z „klimatem i smakiem” średniowiecznych historii (głównie kultywuje się mocne emocjonalnie historyjki o cierpieniu – legendy o zmienionej, wypaczonej symbolice), gromadzimy w mieszkaniach zwierzęta (które się tam męczą często w nienaturalnych warunkach), hodujemy rośliny, które udają otoczenie przyrody. Jeśli się uda, to na weekend spotykamy się poza miastem z przyjaciółmi. To pozwala nam wytrzymać od urlopu do urlopu, od jednego długiego weekendu do następnego. Daje złudzenie, że wszystko jest w porządku… Czy na pewno? Co nasze serce na to?
Tymczasem przyroda wychodzi nam naprzeciw i wszelkimi sposobami wyciąga do nas ręce. Powraca ziołolecznictwo, akupunktura, bioenergoterapie i uzdrawiania na poziomie subtelnych energii, leczenie minerałami i kryształami, substancjami natury, zapachami… Wiele osób jest otwarta na te metody i skutecznie je stosuje. Coraz bardziej rozszerza się w medycynie ilość osób o naturalnych zdolnościach uzdrawiania poprzez bezpośredni przepływ między naszymi sercami, pomijając aspekty nauki, wiedzy i rozumu. Wsparcie dla miasta polega na uaktywnieniu ponownie miejsc szczególnych dookoła niego i poruszeniu Natury w samej tkance miejskiej – skorupie cywilizacyjnej. Uaktywnienie jest najpierw w nas i poprzez nas płynie informacja zmiany dla innych. Tworzy się to poprzez świadome popatrzenia na Istotę Natury jak na Istotę żywą i świadomą – powitanie jej, zauważenie, zachwyt – połączenie. Dla wzmocnienia sygnału połączenia można zastosować umieszczanie mini kryształów z Intencją – w górach, akwenach wodnych, szczególnie przyciągających nas laskach i polanach, czy miejscach obecnych kultów dookoła miasta. Kolejnym etapem jest wyszukiwanie miejsc i części przyrody o intensywnej energii w samym mieście – pomniki- drzewa, parki, ogrody, aleje drzew, układy zieleni osiedlowej. Wszystkie te elementy przyrody bardzo chętnie współpracują jako równorzędne nam Istoty Duchowe.

Kryształ połączony z Istotą roślinną daje potężny sygnał wzmocnionej energii i połączony jeszcze naszą intencją i miłością do Ziemi jest niezwykłym darem dla podnoszenia wibracji okolicy i całej ziemi. Dla uzyskania informacji pierwotnej danego miejsca – jak ono wpływa na Istoty Żywe. Takie prace dla siebie, swojej działki i domu oraz całych miast wykonuje obecnie bardzo wiele osób świadomych działania tego naturalnego procesu. Odtwarzania pierwotnych energii Przyrody – czyli połączeń w Nas Samych. Jadąc do Moskwy, Londynu czy Berlina nie jedziemy do wszystkich jego historii – to przeszłość. Jedziemy do tej części pod narosłą skorupą cierpienia i pychy – do żywej i pierwotnej tkanki z bardzo mocno aktywnymi miejscami w strukturze, które bardzo potrzebują zauważenia i naszej miłości. Są jak dziecko z trudnym dzieciństwem – jego historia nie ma znaczenia – chce nasiąkać miłością i doznawać jej jak każda istota żywa.

Traktujmy miasta jako możliwość bytowania w miejscach, gdzie można odkryć dla siebie dziewicze i czyste wibracje, miejsca odżywcze, zdrowe i kojące – pod tkanką murów. One tam są i nadają jak dawniej – czekają na połączenie – nasz odbiór.

Pokochanie miasta jest też metaforą pokochania swojej części, czasem odrzucanej, zaniedbanej, zniszczonej, zniewolonej… ale pod spodem zawsze żywej i pierwotnej.

Katarzyna Barczyńska dla Wielkiej Księgi Przeżyć Mistycznych
www.swiatkrysztalow.com.pl

Przejdź do artykułu

Marzenia

Pamiętam jak dziś, kiedy mając niespełna 7 lat, zakomunikowałam rodzicom, że napiszę kiedyś książkę. Nie wiedziałam, skąd takie postanowienie w mojej głowie, po prostu wiedziałam i już. Moi rodzice oczywiście przyjęli tę informację z przymrużeniem oka, może nawet lekko żartobliwie. Uraziło mnie to, traktowałam swoje postanowienie jak najbardziej poważnie. Owszem, miałam milion różnych myśli na sekundę i jeszcze więcej pomysłów, a mój słomiany zapał nie do końca pomagał mi w uwiarygodnieniu tego, co sobie postanowiłam. Faktycznie tak było, ale litery od początku były dla mnie czymś zupełnie innym, czymś magicznym, w końcu zlepek kilku z nich tworzy wyraz, który po nadaniu mu odpowiedniej energii i tonu może uszczęśliwić, rozśmieszyć, zadziwić, zasmucić lub zranić. Tak, litery były dla mnie czymś wyjątkowym i chciałam zgłębić tę magię — potęgę słów.

W wieku 8 lat zaczęłam pisać pamiętniki, po części z pasji, a z drugiej strony tak wyrażałam emocje, kiedy nie umiałam o nich opowiedzieć innym ludziom. Kartki papieru traktowałam jak mój osobisty konfesjonał, były nie tylko powiernikiem mojego szczęścia, cierpienia i łez, ale skrywały również najciemniejsze zakamarki mojej duszy, o których przecież nie tak łatwo powiedzieć innym. Nikt nie lubi chwalić się swoją ciemniejszą stroną. Dlatego robiłam to, pisząc, uzewnętrzniając myśli, przelewając wszystko na papier, poznawałam siebie, swoje uczucia, obawy, zalety i wady. Najpiękniejsza wena przychodziła wbrew pozorom pod wpływem silnych, raniących mnie emocji, pisałam jak w amoku, ale czułam, że muszę, że jeśli przerwę, to nie uleczę siebie i swojego serca z bólu, który aktualnie odczuwałam.

Kiedy wracałam do pamiętnika i patrzyłam na jakieś burzliwe wydarzenie w moim życiu z perspektywy czasu, zauważałam, że zdarzenia, które pisałam pod wpływem cierpienia, były inne niż podczas pisania radosnych wpisów. Były bogatsze w opisy odczuć, głębsze, bardziej dosadne i miałam wrażenie, że wychodziły wprost z serca, ale z jakiegoś jeszcze głębszego poziomu. Paradoksalnie lubiłam ten stan, choć nikt nie lubi cierpieć, ale takie niewygodne sytuacje sprawiają, że człowiek potrafi zatrzymać się na moment i uczciwie spojrzeć w głąb siebie.

Lata mijały, napisałam w międzyczasie swoją pierwszą dziecinną książkę o duchu mieszkającym w jednej z krakowskich kamienic. Niestety się nie zachowała. Ilość moich pamiętników gwałtownie rosła, pożerałam wręcz kartki. Miałam wrażenie, że długopis dokona zaraz samozapłonu pod wpływem piętrzących się słów, czekających w kolejce do przelania na papier. Podobnie zachowywałam się, kiedy czytałam książki. Doceniałam ich fizyczność, fakt, że mogę trzymać książkę w ręce i czuć zapach jej stron. Od czasu do czasu jednak nachodziła mnie myśl, że może jednak to jest ten moment, kiedy powinnam napisać książkę, która będzie mogła posłużyć innym. Równolegle zaczęłam doświadczać synchroniczności zdarzeń, widząc np. reklamę jakiegoś wydawnictwa, czy kierunek studiów dotyczący pisarstwa. Przekonałam jednak samą siebie, że nie byłam gotowa i porzuciłam ten pomysł na rzecz innych przyjemności z życia, choć im bardziej odrzucałam myśl o pisaniu, tym bardziej zewsząd dopływały do mnie informacje o możliwości realizacji mojego planu.

Skończywszy 22 lata, znów podjęłam próbę napisania książki, ale mimo najszczerszych chęci czułam w dalszym ciągu, że jeszcze nie jestem gotowa, że jeszcze nie mam wystarczającej wiedzy. Lata mijały, co jakiś czas w głowie pojawiały się myśli, czy aby na pewno pisanie książki, to to, co powinnam robić w życiu. Skoro tak ciężko było mi zabrać się do tego, to na pewno coś jest na rzeczy i zapewne nie powinnam już dłużej zaprzątać sobie głowy pisaniem-próbowało mnie przekonać ego. Powoli zaczynałam wątpić, że właśnie tą drogą powinnam iść, a mój słomiany zapał przyglądał się z boku z ironicznym uśmieszkiem i triumfował, jakby był przekonany, że przecież to było do przewidzenia od samego początku. Zostawiłam to daleko za sobą…

Skończywszy 26 lat, pod koniec 2016 roku przeprowadziłam się z Krakowa do Warszawy. Był to dla mnie trudny czas, nowe miejsce, nowy związek. Moje drogi znów skrzyżowały się z pamiętnikiem, musiałam przelać moje emocje na papier, żeby nie oszaleć od natłoku myśli, ale cały czas odczuwałam deficyt weny i nie były to wpisy, które jak kiedyś, ociekały wręcz emocjami.

Pewnego dnia przeglądając facebooka, zobaczyłam informację z Akademii Ducha o konkursie dotyczącym napisania o swoich przeżyciach mistycznych. Normalnie nie brałam udziału w żadnych konkursach, ponieważ gdzieś w mojej podświadomości zakorzeniła się myśl, że to nie dla mnie, że nie mam tyle szczęścia, aby wygrywać, ale wtedy stało się coś zupełnie niespodziewanego. Tak długo, jak odrzucałam myśl o uzewnętrznieniu się literacko, tak w tym momencie, nie zastanawiałam się nawet przez minutę, po prostu zaczęłam pisać swoje opowiadanie, poczułam, że to jest wreszcie ten moment, teraz albo nigdy. To mi przypomniało, jak kocham składać te literki, bawić się nimi i tworzyć coś nowego. Przez moment poczułam się, jak wtedy, kiedy odkrywałam znaczenie każdej z nich.

Dzień 24 maja br. przyniósł mi tak cudowną informację odnośnie konkursu, że przywróciło to moją wiarę w obietnicę złożoną sobie 20 lat temu. Wzięcie udziału w konkursie było dla mnie początkiem spełniania się mojego marzenia. Może za rok, może za dwa lata, nie wiem jeszcze, kiedy dokładnie, ale teraz nie mam już żadnych wątpliwości… Dołożę wszelkich starań, by napisać książkę, która jak mam nadzieję, będzie mogła pomóc innym w spełnianiu swoich marzeń, czy pokonywaniu trudności życiowych, bo przecież, kiedy czegoś bardzo pragniemy, wszechświat daje nam to, a na pewno udostępnia nam wszystkie potrzebne do tego informacje, co my z tym zrobimy, to już nasza wolna wola, ale jedno wiem na pewno… Warto spełniać swoje marzenia, nawet wtedy, kiedy myślimy, że nie mamy ku temu możliwości, czy kiedy zaczynają ogarniać nas wątpliwości, jeśli to nasza droga, to prędzej czy później sytuacje życiowe pomogą duszy zmaterializować swoje przeznaczenie.

Anett

Przejdź do artykułu

Proste rzeczy…

W ciszy zamykam oczy,
aby obraz mojej duszy przede mną się roztoczył.
Myśli krążą to z jednej, to z drugiej strony
szukając powodu, niejako obrony
do tego, jak wygląda obecne życie
i mimo, że ślę coś potajemnie,
skrycie, by „los” ulepszyć, poprawić,
by narzekaniem, trucizną się nie zadławić,
wciąż zapominam o tej prostej rzeczy,
która mój mental, ciało i duszę uleczy.
Coraz bardziej modne do życia pozytywne podejście
stanowi niejako klucz, od przekonań odejście,
by zgodnie z wolą duszy,
poprzez zmianę myśli, czakrę serca poruszyć.
Bycie uważnym, przejęcie odpowiedzialności
odegna bieżące w życiu dolegliwości.
Żyj „tu i teraz” – jak mantrę powtarzam,
praktykuj wdzięczność, a dobre okoliczności będą się zdarzać.
Wykonuj czynności dając intencję,
a zobaczysz z jaką lekkością wchodzisz w serca koherencję.
Im więcej praktyki, tym więcej czynienia,
zobaczysz jak szybko i na plus życie się zmienia.
I teraz z otwartymi oczami,
zobaczysz życie między wcieleniami.
Twórz kulę światła, posyłaj ją wszędzie,
czyń rytuały z czystym sercem – a dobrze będzie.
Dusza ma kilka lekcji do przerobienia,
uwierz, że sama droga do celu – to sedno spełnienia

Justyna Antkowiak

Przejdź do artykułu

Zabawy z Aniołami

Często rozmawiam z aniołami,
między ciszą a ognia płomieniami.
Zabawna toczy się rozmowa,
by coś zakończyć i zacząć od nowa.
Zabawna, bo widzę podwójne numery,
na zegarku, wyświetlaczu kamery.
Nawet tablice rejestracyjne cyfry mają podwójne,
kiedyś to dla mnie chaos, teraz bardziej spójne.
Uśmiecham się, gdy piórko zobaczę,
mniej krytykuję, częściej wybaczę,
bo wiem, że mam w życiu lekcje do przerobienia,
wchodząc w relacje wymagające uzdrowienia.
Stosuję hawajską metodę uzdrawiania,
bym mogła rozwijać w sobie chęć poznawania
wiedzy o sobie samej, o celach mojej duszy,
by miłością i akceptacją serca innych poruszyć.
Może celem mojego istnienia
jest pokazać ile daje sama chęć przebudzenia,
bo to jest początek, od tego się życie zmienia.
Czerpię radość z tego, co dookoła mnie otacza,
co swym pięknem niezwykłą aurę roztacza.
Energia z kapiącego deszczu, ze słońca,
śpiewu ptaków, bujnych drzew – mogę wymieniać bez końca.
I choć anioły o znaki prosiłam,
śpiesznie dodając, bym się ich nie przestraszyła,
dostaję je codziennie w postaci snów czy ludzi,
to jest to potwierdzenie, że warto się „budzić”.
Poszerzam percepcję, mam szersze postrzeganie,
a poprzez dobrych wspomnień rozpamiętywanie,
dwupunkt wykonuję, odganiając myślenie,
otwieram się na materializację, na magii czynienie.

Grażyna Halaburda

Przejdź do artykułu

WCHŁONĘŁO

Krzyż wchłonęło

Porodziła Ziemia jesień.
Zapach przepoczwarzył się.
Siedzieli w gównianym barze.
Włosy do pasów, potężne rude brody i głębokie mroczne oczy.
Pili wódkę; rękawy skórzanych katan kleiły im się do ciemnego blatu, gdy wznosili toasty.
Barman czynił kółka, rozmazując brud żółtego talerza zapyziałą szmatą.
Wokół niewyraźne kontury pustych stołów; kłujące cień i ciemność.
Z sufitu lał się gnój i ściekało gówno.
Jeden z nich wbił wzrok w barmana.
Barman wbił palący łyk w kamienny kielich.
Żadna kropla nie zmieszana z gąszczem brody – całość we wnętrzu i smrodzie przepadła.
Drugi wbił wzrok w barmana.
Barman wbił palący łyk w kamienny kielich.
I ten łyk przepadł, paląc złośliwie, lecz przyjemnie.
Ci dwaj szemrali.
Skrzypiała szmata.
Ściekało gówno.
W ciemności coś zamajaczyło.
Łyk palący łeb wychylił, zachwiał się i wrócił.
Rękojeść broni zyskała palce.
„Bestyjo, wyjdź na światło”, rzekł i splunął drugi.
„Gdzież jest ono, powiedz?”, rzygnął potwór.
Łyk palący łokieć strącił w mrok. Nie zapłakał nikt.
Drugi pierdnął, zaśmiał się.
Zastanowił. „Kim jesteś, wędrowcu?”, zadął drżący głos jak róg.
„Jestem gnój i gówno”.
Metaliczny jęk i huk.
Na wielkim uchu wielka dłoń.
Istota nie ruszyła się.
Rozlała bardziej wnet, zaś barman zapadł w sen i zdechł.
Zadrżał pierwszy, drugi w jęk.
Przesunął cień się, w światło wszedł.
Powietrze zgniło, niby śmierć.
Ni wilk to, ni sęp.
Ni anioł, ni bies.
„Palący łyk mi dajcie i ciał swych boże ciepło”.
Pochwycił wnet jak siodła łęk, te dwa pijane truchła.
Wlał się w katan chłonny szew.
Z ciałem ludzkim złączył się.
„Nie będzie więcej źle”, wycharczał.
„Chrystus nasz skarci cię”.
„Usta ma już pełne mnie”.
„Sam Bóg pochwyci cię”
Splunął zły, gównem wytarł się.
„Jam z trójcy czwarty jest”.
Drewniany krzyż drugiego.
Niczym miecz wyłonił się.
Padł cios.
Wchłonęło gówno krzyż.
Syn narodził się.

Credo 30 mg.

W jeden wierzę proch.
Wszechmogący.
Stworzyciel ziemi snu.
Wszystkich rzeczy widzialnych i niewidzialnych.
I w jedną panią, z której się zrodził.
Bóg z Boga.
Światłość ze światłości.
Współistotny jej, a z niej wszystko się stało.
On to dla nas ludzi i dla naszego zbawienia, zstąpił z nieba.
I wstąpił do ust.
Który został odstawiony.
I powtórnie przyjdzie w chwale.
Królestwu jego nie będzie końca.
Wyznaję jeden chrzest na odpuszczenie.
I oczekuję wskrzeszenia.
I życia wiecznego w przyszłym świecie.
Mirtazapinum

Maledicti

Chwała ojcu i synowi, i jego umysłowi.
Jak była na początku, teraz i zawsze, i na wieki wieków.
Syn umartwia.
Martwi się o syna.
Metamfetamina.

Czarne przebudzenie

Listek niecierpliwi się
I drży.

Woła Zen
Wołają sny.

MM w MM
Wsłuchał się.

Czy ja śnię?, zapytał

Nie.

 

Maciej Midor

Przejdź do artykułu

Bądźmy

Bądźmy w błękitach
PRZEZ CHWILĘ
zacznę budować od nowa
dom powściągliwej dobroci
Dla Ciebie

Ta przestrzeń czasu
która nas łączy
mogła rozpłynąć się rozłąką
w jakimś pomiędzy

Nie po to śniłam
algorytmy milczenia
aby zbierać
rozwodnione słowa

Nie rańmy sobą
kolorów tęczy
bądźmy oszczędni
w niecierpliwych dłoniach

Chwyćmy się na nowo
wejdźmy w nieskończoność
złapmy brzeg pocałunku
NA WIECZNOŚĆ.

alys

Przejdź do artykułu

Obmyję…

Siedem srebrnych jesionów
Trzy białe brzozy
I klon, i mech
Dwanaście filiżanek
Wśród drzew.
Na kamiennym stole
Poukładane jagody.
Duszy ogrodem słowa…
Słowami ogrody.

Żółty płatek Glistnika
By wypalił co w duszy zgrzyta.
Błękitem bławatka myśli uspokoję
Poproszę biel Jasnoty
O niewinności zapach złoty.
Koniczyny zielenią
szczęścia w zdrowiu zawołam
Maku piękną czerwienią
Miłości w sercu
W spełnieniu.
Czernią bzu ochronię
Myśli włożę w dłonie
Puszczę w skupieniu
By jak świetliki poleciały
Między chmurami wirowały.

Usiądę na słońcu…
W cieniu.
Oprę mą duszę
Na własnym ramieniu
Westchnę kwiatosłowem
Zapachem wzruszenia
Pokropię wspomnienia
Kroplą miodu naleję
W świat ciepła słodyczy.
Błęktem nieba
Obmyję co trzeba.

Sylwia Wojdecka

Przejdź do artykułu

Kochać – tyle wystarczy – felieton

To ja jestem miłością. Czasem czuję się nią tak wypełniona, że uśmiecham się do siebie z byle powodu. Mam jej dużo do rozdania. Ty też jesteś miłością. Codziennie i w każdej rzeczy, którą czynisz.

Piastując stanowisko redaktor naczelnej w kobiecym magazynie, zleciłam artykuł o miłości. Poprzedzał święto zakochanych. Była w nim mowa o słowie „kocham”. Chciałam, by moja dziennikarka dowiodła, że to słowo jest nadużywane, przebrzmiałe i straciło na wartości.

  • Ledwo znam panią od reklamy, rozmawiamy wyłącznie przez telefon, a ona mówi do mnie „kochana” – tłumaczyłam jej. – Kumpela na kawie zwraca się do mnie „stara, kochana” i klepie mnie po plecach, z kolei ledwo poznany mężczyzna wyznaje mi miłość i próbuje zaciągnąć do łóżka albo do ciemnego kina.

A przecież słowo „kocham” jest takie wzniosłe, intymne. Nie powinno się go nadużywać nawet w związku, nawet w stosunku do dzieci, bo się opatrzy, straci wagę. Dziś, gdy mój świat całkowicie się przewartościował, śmieję się z mojego dawnego dystansu do kochaniu i myślę sobie, co za bzdura! Bo teraz kocham wszystko!

Ale dlaczego on mnie kocha?

singing-bowl-235268_1280A tak to się zaczęło. Byłam w ciężkim stanie. Moje małżeństwo zaczęło się psuć, praca od dawna mnie nie satysfakcjonowała. Potrzebowałam zrobić coś dla siebie. Trafiłam na autorski masaż Loving hands i na rozmowę z Krzysztofem Lottigiem. (Dziś myślę, że to mój ziemski opiekun duchowy.) Gdy mówił mi o miłości, o bliskości, o kochaniu, nie rozumiałam. Miałam go za spadkobiercę dzieci kwiatów i pytałam „Co na to twoja dziewczyna, jeśli ty kochasz też inne?” Z poziomu rozumu zastanawiałam się, czy on na mnie leci? Czy wysyłając mi serduszka na facebooku i życząc miłego dnia podrywa mnie? Czego on właściwie chce?

Masaż, który wykonał mi z pełną czystością uczuć, dosłownie zalał mnie miłością. Czułam się wzruszona, spokojna, radosna, przepełniona szczęściem, jakbym była na haju. Odczuwali to także inni. Emanowałam tym. Gdy wyszłam z jego gabinetu – miejsca mocy – nie było po drodze do autobusu ani jednego mężczyzny, który by się za mną nie obejrzał. Szłam pewnie, uśmiechając się do siebie i czułam się, jakbym się zakochała. Byłam tak zakręcona, że na stacji pomyliłam pociągi i wysiadłam przy lesie. W oczekiwaniu na powrotny, postanowiłam iść na krótki spacer. Nie był to oczywiście przypadek. Natura mnie wołała. Wołała mnie Matka. Pospaceruj, pobądź z nami i ze sobą. Bądź z tą miłością.

Zwyczajnie kochać

Dziś miłość czuję i widzę wszędzie. Znam jej rozmaite odcienie. Inna jest dla mojego syna, inna dla przyjaciółki, inna dla uczestniczki moich warsztatów, inna dla przechodnia i inna dla mężczyzny. Ale jest zawsze. Jest piękna i jest w każdym z nas. Jest najważniejsza, wszechogarniająca – to właściwie istota naszego życia.

heart-700141_1280 (1)Kocham wszystko – wiatr co mi się wplątuje we włosy. Słońce, które obsypuje mnie swoim blaskiem. Biedronkę, która zaszczyciła mnie siadając na dłoni. Przyjaciela z Londynu, który jest po prostu przyjacielem. Trawę pod moimi stopami, zapach lasu, gorącą herbatę z goździkami, malinami i kardamonem, obiad mojej mamy, muzykę, której słucham codziennie. Wszystkie uśmiechy i chwile z moją rodziną i z przyjaciółmi.

To ja jestem miłością. Czasem czuję się nią tak wypełniona, że uśmiecham się do siebie z byle powodu. Mam jej dużo do rozdania. Ty też jesteś miłością. Codziennie i w każdej rzeczy, którą czynisz. Gdy zakrywasz pokrywką gorącą zupę, gdy wykonujesz swoją codzienną pracę zawodową, gdy brniesz w śniegowcach po zaspach i gdy prażysz się z książką i lemoniadą na złocistej plaży. Wszędzie i zawsze jesteś miłością. W każdym uśmiechu i w złości, w każdym smutku, radości, z każdym przemyśleniem, refleksją i rozmową ze znajomym. Jesteś piękną miłością, swoim portretem, blaskiem, światłem.

Strach przed miłością

Obcując jednak z ludźmi, którzy tego nie rozumieją – jak ja kiedyś – trzeba liczyć się z ich reakcjami na miłość.

  • Kocham cię jak wiatr, jak słońce, jak trawę – mówię do mężczyzny.
  • To znaczy jak? – pyta On. – Dopiero się poznaliśmy.
  • Wiem – odpowiadam i dodaję – nie myl tego z zakochaniem ani z kochaniem, jakie pojawia się w dojrzałym związku. Moja miłość ma wiele odcieni. Ja kocham cię jak wiatr.

Nie zrozumiał. Przeraził się. I jak wiatr śmignął i już go nie było w moim świecie. Już się nie odezwał. Nie rozumiałam swojego przestępstwa. Kochanie nie jest zbrodnią, nikomu nie czyni krzywdy, niczego nie oczekuje, nie ma planów, korzyści, nic „nie ugrywa” dla siebie, jest tu i teraz i znaczy to, co znaczy. Nic więcej. Kocham cię!

Jesteś miłością

Dziś umiem patrzeć na świat z miłością, uśmiechać się z tym szczególnym blaskiem w oku, ze spokojem przyjmować zdarzenia, nie zawsze przecież przyjemne. Potrafię wyciągać wnioski, celebrować każdą chwilę, nie czekać na nic szczególnego, starać się nie mieć oczekiwań względem innych, dziękować, wybaczać i przepraszać, nie czuć się winna ani odpowiedzialna za innych. A to wszystko, bo potrafię zwyczajnie kochać siebie dokładnie taką, jaką jestem, ze wszystkim co dobre i z tym, co ma mnie czegoś nauczyć.

Kochana/Kochany, który czytasz ten felieton, życzę Ci odnalezienia miłości w sobie. A gdy ją odnajdziesz, odtąd wszystko już stanie się miłością. <3

mt

Przejdź do artykułu

Wolność

Kiedy wkraczamy na ścieżkę, nie zdajemy sobie sprawy z tego, a przynajmniej nie w tak dużym stopniu, że nasi przewodnicy duchowi będą lub mogą przejawiać się w taki czy inny sposób w materii. A przynajmniej ja tego nie wiedziałam. Nie sądziłam, że kontakt z Istotami Światła może nam namacalnie pomóc w życiu codziennym, a komunikaty i wskazówki będą takie oczywiste! Oto jaką ostatnio uzyskałam podpowiedź.

Jeżdżę konno. A właściwie to nie jeżdżę, a „dogaduję” się z końmi. Są częścią mojego życia. Nawet więcej, one je po prostu tworzą. Konie, wbrew stereotypowi, że można na nich tylko jeździć, albo że ich główną rolą wśród ludzi jest ciągnięcie wozów, albo znojna praca w polu, konie potrafią i mogą być nieopisanymi partnerami, jeśli tylko damy im szansę przejawić nam swój potencjał. To wiem teraz. Kiedy dostałam mojego konia, nie wiedziałam tego. Pracowałam z nim przeróżnymi metodami. W ciągu tych kilku lat, kiedy to ja tak naprawdę uczyłam się, jak „uczyć” mojego konia, zdążył on wykształcić sobie pewne wzorce zachowań. Mianowicie; „Dobra, zrobię szybko, to co mi powiesz, i idź już! Zostaw mnie w spokoju, nie ruszaj, nie dotykaj, nie patrz na mnie.” Tkwiłam w tym i nie wiedziałam, w którą stronę postawić nogę, aby zrobić krok ku poprawie relacji.

Dwa dni temu załamałam ręce, zamknęłam oczy, wzięłam kilka głębokich wdechów i po prostu poprosiłam. Poprosiłam sercem. Poprosiłam Zwierzęta Mocy o wskazówkę, o pomoc, o wskazanie kierunku. I…ukazał mi się motyl. Byłam zaskoczona. Motyl? Wyszukałam szybko w internecie, o co chodzi z tym Zwierzęciem Mocy, jakie ma przesłanie. Wystarczyło kilka słów, abym załapała. Transformacja. Zabawa i lekkość. Daj się nieść z wiatrem dziewczyno! Nie myśl, nie oczekuj, po prostu bądź, i baw się lekka jak piórko! Odetchnęłam tą myślą, poszłam na ujeżdżalnię. Let’s try.

Początek taki jak zazwyczaj. Włącza się guzik „Ani mi się myśli dzisiaj współpracować, nieważne co powiesz”. Myślę sobie o motylu. I wtedy to przyszło. POPŁYŃ Z TYM. Poleć jak z wiatrem, daj się ponieść intuicji, wczuj się w tę motylą transformację, pozwól sobie doświadczać, nie myśl o tym co robisz, nie myśl o metodzie, po prostu wczuj się. Wczuj się w tę energię motyla, pozwól sobie bawić się, na poziomie Duszy! I wtedy czegoś doświadczyłam, coś odkryłam. Odkryłam potęgę spokoju Ducha. Odkryłam, jaką moc ma ta czystość, jaką mam w sobie, jak ona potrafi wpływać na otoczenie. Odkryłam, co znaczy dawanie wolności. Co ważne, sama poczułam wolność. Pierwszy raz. Czuć wolność Duszy, czuć zjednoczenie ze światem natury, czuć potęgę siebie w sobie. Jest to uczucie nieziemsko trudne do opisania, jednak piękne jak nie wiem co. Motyl pomógł mi niesamowicie. Nigdy dotychczas nie miałam tak owocnej sesji z moim koniem. Byliśmy zjednoczeni ze sobą, a naszą wspólną zabawę prowadził cudowny motyli taniec. Wolni wewnątrz siebie, wolni na zewnątrz. Dziękuję Ci za to <3

Martyna

www.kaline.eklablog.net

Przejdź do artykułu

Przemiana i uwolnienie – wspomnienie z Gabrielni

Chciałbym podzielić się tym, czego doświadczyłem. Mam nadzieję, że każdy znajdzie tu coś co sprawi, że będzie mógł bardziej czuć siebie, świat i swoje serce, miłość i jedność ze wszystkim. Wiem, że czasem jedno zdanie, jedno słowo może zapalić taką iskrę w sercu, że świat wokół zacznie się zmieniać.

Nie wiem, czy będzie to poetycki tekst. Na pewno będzie pisany z głębi serca. Tak było w moim przypadku, gdy obejrzałem jeden filmik z Anją na youtube. Był to dzień, kiedy miałem zajmować się pewną inwestycją. Wstając rano, miałem się zająć praca, ale znalazłem filmik z Anja, potem kolejny i kolejny. Natrafiłem na informację, że będą warsztaty w Gabrielni. Chodziło o I Świątynię Dźwięku. Czułem, że muszę się tam znaleźć, choćby nie wiem co. Był to piękny czas i po tych warsztatach moje odczuwanie świata i ludzi oraz poznawanie siebie nabrało dużego rozmachu.

Gdy wybierałem się na kolejne warsztaty II Świątyni Dźwięku, miałem swoje intencje, ale nie przypuszczałem nawet, czego boskiego i niesamowitego tam doświadczę. Moje życie było mieszanką tak skrajnych odczuć i doświadczeń. Poznałem piękno, ale bardzo dużo wycierpiałem, dużo widziałem, ale udało mi się to przeżyć. Stałem się bogaty w doświadczenia i dało mi to siłę.

źródło: www.gabrielnia.pl

źródło: www.gabrielnia.pl

Dwa tygodnie przed warsztatami zacząłem dziwnie odczuwać swoje ciało i umysł. Czułem się źle i cieszyłem się, że będę mógł brać udział w warsztatach. Nie zdawałem sobie sprawy, że już przed Gabrielnią przechodzę wewnętrzną transformację. Właśnie dlatego dzielę się swoim doświadczeniem, bo czasem wiele się dzieje, a my nie rozumiemy tego. Traktowałem te warsztaty jak coś, co przybliży mnie do bycia Arcydziełem Swojej Duszy, ale również jak wakacje, odpoczynek wśród ludzi podobnych do siebie, pragnących się rozwijać i doświadczać. Gabrielnia ma coś w sobie, bo jak tylko przyjechałem na miejsce, poczułem coś miłego w sercu. Myślę, że kto tam był, wie o czym piszę. Ludzie, atmosfera, piękna pogoda, muzyka, zajęcia sprawiały, że byłem w Tu i Teraz. Wyłączyłem specjalnie telefon, aby skupić się na doświadczaniu zwykłego bycia. Mój umysł czuł się niesamowicie, ale moje ciało i wnętrze całe się trzęsło. Czułem, że coś się zmienia, ale nie umiałem tego zrozumieć. Ból głowy, drżenie ciała, ale jednocześnie spokój umysłu sprawiało inne odczuwanie rzeczywistości na tamten moment. Wszystkie rytuały było piękne, a muzyka sprawiała, że odkrywałem się kawałek po kawałeczku.

Rytuał Ognia

Podczas Rytuału Ognia, gdzie paliliśmy wszystko, co nas ogranicza, a zastępowaliśmy oczyszczoną przestrzeń listą energii, które zapraszamy do życia, pomyślałem, by oczyścić się z pomocą żywiołów. Tak zacząłem pracować w wyobraźni z tym. Myślałem, że może za bardzo sobie to wkręcam wszystko, gdyż mój umysł nie umiał się do końca w tym odnaleźć. Następnego dnia mój umysł był coraz bardziej w Tu i Teraz. Dużo chodziłem boso i zaczynałem odczuwać jedność z ziemią. Chcę powiedzieć, że gdy tego wszystkiego doświadczałem, umysł ciągle podsuwał różne myśli, że to nieprawdziwe. Ale z godziny na godzinę stawałem się świadomy.

www.akademiaducha.pl

www.akademiaducha.pl

Podczas kolejnego rytuału podszedłem do niego z dużym skupieniem, z głębokim pragnieniem pozbycia się wszystkiego, co mi nie pasuje. Miałem tak potężny ból głowy i moje ciało dawało znać o sobie. Położyłem się więc na brzuchu, kładąc ręce intuicyjnie do ziemi. Gdy dotykałem ziemi, czułem się lepiej. Gdy zaczął się rytuał, poczułem, że wznoszę się bardzo wysoko. Towarzyszyła temu muzyka mis i gongów, która potęgowała jeszcze bardziej uczucie unoszenia się we wszechświecie. W pewnym momencie poczułem jakby coś odklejało się ode mnie. Nastąpił ścisk ciała oraz napływ przeróżnych emocji, płaczu, dreszczy. Im bardziej się to nasilało, tym bardziej stawałem się szczęśliwy, wolny, pełny w jednym momencie. Jak była kumulacja moich emocji, powiedziałem z głębi serce, że już nie chcę tego, co nie pasuje do mnie. Wykrzyczałem to w umyśle, ale wszystko jeszcze bardziej się nasilało. Poprosiłem wtedy wszystkie Anioły i Archanioły, Słońce, Księżyc, Maryję, Matkę Ziemię, moje Zwierzęta Mocy, aby mi pomogły, bo nie dawałem już rady. W tym samych momencie znalazłem się jakby poza sobą, jakbym był obserwatorem tego, co się dzieje i mógł na to spojrzeć z boku. Jakbym wyskoczył poza umysł i ciało, ale wtedy poczułem bycie, istnienie. Gdy muzyka ucichła a rytuał się skończył, cały się trząsłem, płakałem, nie wiedziałem co się dzieje. Nie wiedziałem, czy się podnieść, czy to dzieje się naprawdę. Czy, sobie to wkręcam. Pomyślałem, że wszyscy zobaczą, że się trzęsę, płaczę i że pomyślą jaki dziwny jestem. Nawet wstydziłem się podnieść głowę. Gdy jeszcze leżałem podeszła do mnie przyjaciółka. Pogłaskała mnie i powiedziała, że przechodzę przemianę. Uspokoiłem się. Przede mną, przed samym nosem leżał kamień, który Matka Ziemia zostawiła dla mnie. Bardzo pomogło mi to, że ręce dotykały ziemi i czułem, jak ona zabiera całą złą moc, która do mnie nie należy. Po rytuale byłem umysłem jeszcze bardziej w Tu i Teraz. Fizycznie moje ciało i wnętrze były wykończone procesem, który przed chwilą przeszedłem.

Zwierzęta Mocy

źródło: www.smoki2010.republika.pl

źródło: www.smoki2010.republika.pl

Miałem akurat po tym rytuale umówioną ceremonię Zwierząt Mocy. Mimo że fizycznie byłem padnięty i tyle się wydarzyło, wiedziałem i czułem w sercu, że muszę iść za ciosem i doświadczyć spotkania ze Zwierzętami Mocy. Moim Zwierzęciem Mocy na tamten moment był Kruk, którego często spotykałem fizycznie oraz w rytuałach webinarowych, w których brałem udział. Jednak w czasie rytuału najbardziej zjednoczyłem się ze smokiem, który pojawił się bardzo szybko i niespodziewanie. Czułem z nim jedność, rozumiałem go, czułem jego piękno, wrażliwość. Uświadamiał mnie o moich cechach, o sile sprawczej. Nawet czułem się do niego podobny. Pokazał mi, jak mogę z nim pracować oraz to, że jest postrzegany inaczej, a tak naprawdę jest bardzo wrażliwy. Ja widziałem w nim siebie, bo czasami się tak czułem – jak on. Smok nauczył mnie dużo, a gdy później czytałem jego znaczenie, wszystko pokrywało się w jedność. Całe moje życie pokazywało mi się w moich Zwierzętach Mocy. Spotkałem tam jeszcze inne zwierzęta, które pokazały mi wiele o mnie. Co mnie ogranicza, co blokuje, a co jest moją silną stroną. Po ceremonii Zwierząt Mocy czułem się jeszcze bardziej w Tu i Teraz. Wieczorem przed zaśnięciem pomyślałem, że jutro może oczyszczę się wiatrem.

Żywioł Powietrza

Następnego dnia przed samym rytuałem spodziewałem się wiatru i aż dreszcze mnie przeszły, gdy zerwał się kilka minut przed. Poczułem wtedy, że ten żywioł też oczyści mnie, ale tym razem było mi łatwiej to przejść, choć też towarzyszył mi płacz, dreszcze i emocje. Było mi łatwiej, bo miałem wsparcie Zwierzęcia Mocy, które swoim ogniem paliło każdą emocję i myśl, która mi przeszkadzała.

Po skończonym rytuale czułem się już lepiej. Moje ciało stawało się spokojniejsze. Z tęsknotą czekałem na masaż u Adama, bo czułem wewnętrznie, że będzie on dopełnieniem. Bo ciało to woda i czułem, że tym masażem woda pozbędzie się wszystkiego z ciała i nastąpi harmonia i jedność, szczególnie gdy widziałem osoby wychodzące po masażu od Adama. Wyglądały jak reklama szczęścia i radości. Tak tez się stało. Ten masaż był jednym z najcudowniejszych doznań fizycznych. Czułem, jak dłonie Adama ściągają ze mnie płaty emocji, jednocześnie przynosząc ten spokój i jedność, to co pozwalało mi na odczuwanie siebie jako boskie światło. Czułem się jak nowo narodzony. Czułem wtedy się cudownie zjednoczony w sobie, ale wewnętrzny głos mówił mi, że potrzebuję się teraz uziemić, pospacerować, przebiec się, rozchodzić ten wewnętrzny stan, pobyć sam ze sobą.

Poszedłem na bardzo długi spacer. Mimo że były jeszcze wykłady i zajęcia, mój wewnętrzny głos mi mówił, że mam iść na spacer. Jak zawsze posłuchałem go .Gdy wróciłem, wszyscy szykowali się do pożegnalnego rytuału. Zastanowiłem się, czy już nie jechać do domu, bo stan, który miałem był bardzo miły i błogi. Coś wewnętrznie kazało mi zostać na nim. Podszedłem do tego rytuału bardzo spokojnie, z podziękowaniem. Wtedy zaczęło się moje najbardziej duchowe przeżycie mistyczne.

Uwolnienie
Gdy zamknąłem oczy, poczułem, że lecę bardzo szybko i wysoko jak nigdy wcześniej. Pomyślałem, że przez to, że tyle doświadczyłem i pozbyłem się wielu blokujących mnie emocji, była to czystość bez myśli. Jakby mój umysł i Dusza były bardzo wysoko. Jednak chwilę potem poczułem jak ogromne warstwy emocji, które nagle się pojawiły, chciały się oderwać od mojej matrycy! We wcześniejszych rytach bardziej działała moja odczuwalność i rozumienie tego, co się dzieje niż wizyjność. Tym razem wizyjność także się pojawiła!

and-might-michal-vi-heroes-magic-archaniol-1024x576Widziałem, jak różne kształty atakują najpierw moje myśli, ale smok – moje Zwierzę Mocy – paliło wszystko, łapało w pysk i odrzucało ode mnie. Myślałem, że zaraz się to skończy, ale jeszcze bardziej się nasilało. Niesamowite było to, że dzięki wcześniejszym rytuałom moje Ja było poza tym. Było jakby obserwatorem. Używałem całej wiedzy, którą miałem i prosiłem Anioły Archanioły, Postacie Mistrzowskie, Słońce, Księżyc o pomoc. W wizji zobaczyłem Anioła, który walczył mieczem. Po chwili zauważyłem, że całe to wydarzenie zeszło jakby niżej, do splotu słonecznego i tam zaczęła się moja największa przemiana. Ja byłem wysoko, ale moje ciało tak wariowało, że czułem jak wyrywa je bardzo wysoko. Czułem, że unoszę się nad ziemią, jakby każda cząsteczka mojego ciała drżała. Było to bardzo nieprzyjemne. W pewnym momencie myślałem, że nie dam rady. Łzy zalewały moje ciało, ale smok palił myśli, zwątpienie. Nagle ktoś chwycił mnie za rękę. To mnie trochę uspokoiło, ale tez jakby zszedłem niżej. Wiedziałem, że muszę puścić tę rękę, bo pomimo lęku i tego, co się ze mną działo, chciałem się naprawdę pozbyć tych emocji. Intuicyjnie skupiłem się na sercu, na sobie. Zacząłem płakać, chyba jęczeć. Ciało znowu mną rzucało na wszystkie strony, ale powiedziałem sobie, że nie wyrażam zgody na strach i że pragnę z całego serca pozbyć się wszystkiego, co mi szkodzi. Nie wiem skąd, ale nagle dostałem wiedzę, że z tego poziomu nie dam rady, więc znowu poleciałem wysoko. Wystarczyło poczuć to w sercu i znów zaczęła się walka. Prosiłem wszystkich moich sojuszników o pomoc. Czułem jak nade mną stoi pełno osób, ale ból w splocie się narastał. Nagle pojawiła się postać Anioła z mieczem, który z uśmiechem oparł się o miecz i powiedział: „I co? Mam już to odciąć?”. Obserwowałem to ze zdziwieniem. Co jest grane? Powiedziałem „Taka jest moja wola, proszę, odetnij mnie od tego.” Anioł zrobił ogromny zamach i nagle ciało się uspokoiło. Splot słoneczny robił się spokojny, smok ogniem zagoił ranę i to wszystko jakby zaczęło schodzić w dół. Czułem, jakby woda energii wlewała się przez moje Trzecie Oko. Myślałem, że ktoś polewa mi czoło. Zacząłem wydawać dziwne głosy szamańskie i moje ciało falowało na boki zygzakiem jak wąż. Czułem, że to wszystko, co złe, przez stopy ziemia zabiera i uziemia.

źródło: www.naukawpolsce.pap.pl

źródło: www.naukawpolsce.pap.pl

Kilka minut przed końcem rytuału wszystko puściło. Poczułem w sercu coś, czego nie będę chyba umiał opisać. Jakby orgazm, ale w innej formie. Czułem takie szczęście, ale tez niesamowitą dumę, że dałem rade. Że zmierzyłem się z tym. Pisząc to teraz, łzy ciekną mi po policzku, jakbym bym tam w tej chwili.

Gdy otworzyłem oczy po rytuale, zobaczyłem Księżyc, z którym zawsze czułem jedność. Przychodziło do mnie zrozumienie tego, że jestem, że oddycham. Że cała wiedza, którą otrzymałem od Akademii Ducha działa. Rzeczy, które robiłem z intencją – medytacje,wszystko – układało się w formie puzzli.

Przebudzenie szamańskiej Duszy

Kiedy Anja powiedziała, że Magia Żywiołów się dokonała, rzuciło mnie na ziemię. Padłem i zacząłem płakać. Czułem wzruszenie i taką jedność ze wszystkim, z przyrodą. To jakby czuć zrozumienie wszystkiego, jakby być jednością z każdą cząsteczką, jakby dotknąć boskiego Źródła. Ciężko mi nazwać to uczucie. Przyszło do mnie zrozumienie matrixa, w którym żyjemy i nagle zacząłem się śmiać, czuć radość.

źródło: www.gabinetkreacja.com.pl

źródło: www.gabinetkreacja.com.pl

Zapytałem Anji, co się właśnie stało i pamiętam jej spojrzenie i słowa. Poczułem, że muszę iść na spacer w stronę Księżyca. W połowie drogi zacząłem wydawać samoistnie dziwne głosy i śpiewać nieznaną mi wcześniej melodię Śpiewałem ją do Księżyca i Księżyc mówił mi: „Całe życie starałem się Ci to pokazać”. Coraz głośniej przez gardło ryczała swoje szamańska pieśń i czułem jakby był to głos osoby we mnie. Intuicyjnie zacząłem tańczyć i śpiewać w cztery strony świata co kilka chwil wyjąc do Księżyca. Byłem w transie, słyszałem, jak drzewa nuciły mi muzykę. Było to dla mnie zrozumiale, czułem się sam drzewem, powietrzem, Księżycem. Czułem jedność, zrozumienie, rozkosz, błogość. Gdy dotykałem roślin – rozumiałem je.

Ciężko mi jest to nazwać, ale mam nadziej, że choć trochę udało mi się przekazać to, co doświadczyłem.

Dla mnie ważna była intencja z serca. Do każdego rytuału podchodziłem ze skupieniem, z uczuciem miłości, wiary, z szacunkiem z jakim powierzam się boskiemu Światłu, z prośbą z głębi serca.

Dużo zyskałem dzięki wiedzy od Akademii i dzięki uczestniczeniu w webinarach i na warsztatach. Tam dostałem wiedzę, którą mogłem wykorzystać. Zrozumiałem to wtedy, gdy czułem jedność i widziałem, jak te puzzle się układają. Mam nadzieję, że w tej historii znajdziecie coś dla siebie. Ja jadąc do Gabrielni nie przypuszczałem, że doświadczę czegoś tak wspaniałego. Były to najwspanialsze dni mojego życia.

Dziękuję wszystkim, którzy byli w Gabrielni, bo dzięki Wam mogłem tego doświadczyć. Dziękuję Anja za Akademie Ducha i za to, że dzielisz się z nami swoim Światłem. Dziękuję, dziękuję, dziękuję. Kocham życie.

Karol Zapolski Downar

fot. www.gabrielnia.pl

Przejdź do artykułu

U szeptunki

Herbata podana przez tę babinkę pachniała jaśminem i niezidentyfikowanymi ziołami. Czy to niezbyt beztroskie pić cokolwiek u szeptunki? Pomarszczona starowinka z Podlasia, ledwo idąca z kuchni do stołu, przy którym siedziałam, sprawiała wrażenie nieszkodliwej. Tylko te oczy! Jakby rozbierała nie tylko z ubrania, ale i z wszystkich pochowanych lęków i cieni w duszy.

  • Pij, pij córuchno, otworzy ci serce – mamrotała kiwając się na zydlu.

Czytałam kiedyś „Boginie z Zitkovej” – opowieść o kobietach z Białych Karpat, które uzdrawiały ludzi. Uzdrawiały zarówno ducha jak i ciało, bo traktowały to jako jedność. Ale wśród prawdziwych bogiń były też takie, które wyłudzały pieniądze od potrzebujących. Na kogo ja trafiłam? Sądząc po otoczeniu starej chatki pod lasem, gdzie tylko zioła i złamany płot stanowiły dobytek, trafiłam w dobre ręce.

fot. Kuba Kamiński źródło: www.lfi-online.pl

fot. Kuba Kamiński źródło: www.lfi-online.pl

Mamrotanie babci, a może ciepło herbaty wlało we mnie błogość i rozleniwiło do tego stopnia, że powieki same ciężko opadały. Gdy je otworzyłam stałam na polnej drodze. Pogoda była niezbyt przyjazna na spacer. Szarobure chmury targane wiatrem przesuwały się złowrogo po niebie. Ale nigdzie nie było schronienia. Żadnej chaty szeptunki, przystanku. Niczego. Ale najdziwniejsze było ogromne drzewo wyrastające na środku drogi. Droga wyglądała na uczęszczaną, ale wokół pnia nie było widać śladów kół. Jakby samochody przenikały przez drzewo…

  • Jesteś w krainie swojego cienia, córuchno – usłyszałam głos starowinki – zobacz, co cię blokuje i niszczy od środka. Co stoi na twojej drodze duszy.

Drzewo nigdy nie kojarzyło mi się źle. To raczej stałość i ogrom natury przemawiały do mnie przez rośliny. W żaden jednak sposób nie mogłam tego drzewa obejść. Wciąż stałam na drodze, nie mogąc znaleźć przejścia, by kontynuować wędrówkę.

Zamknęłam oczy, by wsłuchać się w siebie. Dotknęłam kory z grubymi wyżłobieniami. Moje palce ślizgały się po starej korze jak po ołtarzowej rzeźbie.

  • Człowiek jest drzewem – znowu usłyszałam głos starej kobiety – do życia potrzebuje korzeni, czyli wsparcia przodków oraz światła, dzięki któremu wzrasta, rozwija się.

– To drzewo to moja dusza! – przyszło mi od razu na myśl – to jestem ja. Sama stoję na drodze własnej obranej ścieżki. Inspiracji i wsparcia przodków mi nie brakuje, ale jestem w bezruchu. Przed oczami stanęła moja codzienność i spełnianie potrzeb wszystkich wokół. Najpierw dzieci, dom, potem mąż. Na końcu ja. Swoje sprawy załatwiam, gdy już wszyscy śpią.

  • Ja już tak nie chcę! – usłyszałam tym razem własny głos, chrapliwy i jakże donośny.

Zaczęłam się wspinać na drzewo i, o dziwo, gałęzie, które wydawały się wyrastać z pnia bardzo wysoko, teraz były na wyciągnięcie moich dłoni. Jedno podciągnięcie, drugie. Wspinanie nie sprawiało mi po chwili żadnych problemów. Stanęłam na szczycie drzewa widząc drugą część drogi. Wschodziło właśnie słońce. Miałam odwagę, by skoczyć z drzewa prosto na tą ścieżkę. Było mi lekko. Otrzepałam dłonie i ruszyłam naprzód. Miałam ochotę biec. Odwróciłam się jeszcze na chwilę, by po raz ostatni spojrzeć na drzewo. W listowiu był prześwit wielki jak wrota otwarte na oścież. Pokonałam cień i ciemne chmury. Przede mną tylko słońce.

EM

Przejdź do artykułu

Planeta Ziemia, taka dziwna…

Kochani, zapraszam Was, na krótką, doświadczalną podróż po jednej z najciekawszych planet, na której przyszło mi żyć. Pozwólcie, a opowiem Wam moją historię. Było, to tak…

Rok 1987, 11 października, godzina 19:30 – logowanie na planecie Ziemia. Miejsce doświadczenia — Polska. Sentymentalnie.

Przed podróżą powzięłam decyzję, o ponownej eksploracji tej małej, ale jakże ciekawej planety. Mam tu kilka niedokończonych spraw. Warto się tym zająć. Może wydarzy się coś ciekawego? Tu zawsze się coś dzieje. Jeden z koniecznych warunków materializacji — amnezja. A więc, co dzieła!

Dzisiaj już nie pamiętam, swoich pierwszych kroków. Z dnia na dzień pamięć słabnie, a ja nie chcę zapomnieć! Nie wiem, kim są ci wszyscy ludzie. Znam tylko Jego. Chwilami czuję dość duży dyskomfort. Wtedy pytam siebie, co ja tu właściwie robię!? Spoglądam w lustro i za każdym razem zastygam w zadziwieniu. Dlaczego ja to ja?

Wtedy jeszcze nie znam odpowiedzi na te wszystkie pytania. Obserwuję i staram się dopasować.

Prawdziwe ukojenie przynosi On. Jego głos, zapach i dotyk. Jest piękny. Nasze są wszystkie wschody i zachody słońca. Wszystkie pory roku. Dni słoneczne i deszczowe. To nie ma znaczenia. Wszystkie są piękne. Lubię, kiedy mnie trzyma za rękę i idziemy. Nie ważne gdzie. Ważne, że razem. Ja, taka mała, chłonę każde jego słowo, każdy oddech. Jest taki mądry, wie wszystko. Jest taki dobry. Czuję to, każdą najmniejszą komóreczką, każdym atomem mojego małego ciałka. Za każdym razem, kiedy wtulam się w niego z całych swoich sił. Dziadku, kocham Cię!

To moje najpiękniejsze uczucie na tej planecie i tylko czasem, kiedy spoglądam w bezkres gwiaździstego nieba, czuję taką tęsknotę. Każdej nocy, to niebo mnie woła. A ja jestem taka maleńka i mogę tylko wyciągnąć swoją małą rączkę, jakbym chciała powiedzieć: jestem tutaj! Tutaj!

Tak mijają kolejne dni i kolejne noce. Za oknem zmieniają się pory roku, a w moim sercu wciąż trwa wiosna, bo jest On. Pewnego dnia dołącza do nas nowa istotka. Dzień jej przyjścia pamiętam bardzo dobrze. Czekałam. Z otwartym serduszkiem wyczekiwałam mojego małego brata. Teraz nie jest nas dwoje, teraz nas cała trójka!

Zegar odmierza swe godziny, ale ja nie zwracam na niego uwagi. Dorośli w swoich kalendarzach wykreślają kolejne dni, ale mnie to nie obchodzi. Nic się nie liczy! Biegam na bosaka po mokrej, trawie, zrywam kaczeńce przy stawie. Zbieram kamyczki na rozgrzanych torach. Plotę wianki z kończyny i maków, a owoce zjadam prosto z drzewa. Dzisiaj na samo wspomnienie, moje serce przyspiesza. Czuje smak i zapach tamtych chwil. A gdybyście mnie zapytali o ulubiony zapach, to powiedziałabym, że to zapach bzu. Bzu, który zakwitał wiosną na podwórku mojego dziadka.

Dzisiaj pragnę być banalna w swoim zachwycie. Zachwycie nad tamtymi chwilami. Gdybym miała zejść na tę planetę tylko dla nich, powiedziałabym, że było warto!

Jako mała dziewczynka wiedziałam, że jestem wyjątkowa. To nie ulegało wątpliwości. Już wtedy wiedziałam, że będę robiła wielkie rzeczy!

Na myśl o dorosłości uśmiechałam się. Nie mogłam zrozumieć, dlaczego dorośli tak komplikują sobie życie, przecież to nie może być takie trudne. Ta cała dorosłość!

Mijają lata. Coraz więcej dowiaduję się o świecie, ludziach i mnie samej. Żyję podwójnym, a nawet potrójnym życiem. W rzeczywistości, w snach i w marzeniach. O tak! Dużo marzę, to takie przyjemne. Często się w tych marzeniach ukrywam, jest tam ciepło i spokojnie. Dopóki mam przy sobie dziadka, jestem bezpieczna.

Nadchodzi trzynasty rok mojej ziemskiej egzystencji. Dziadek skrupulatnie realizuje swój ziemski plan i wedle jego obliczeń nadchodzi czas na zakończenie jego podróży. Nie chcę w to wierzyć. Nie wierzę i nie mogę się pogodzić z jego nieodwołalną decyzją. Odchodzi, a ja nie mogę się z nim pożegnać. Nie mogę mu powiedzieć, jak bardzo go kocham. Nie mogę mu powiedzieć, jak bardzo go potrzebuję. Ale On wie. Wie, że teraz będę musiała puścić jego rękę i pójść sama. Czas na samodzielność. Mówi, że wszystko będzie dobrze. Wierzę mu. Wiem, że pilnuje mnie, gdy bawię się na podwórku i gdy idę do szkoły. Odwiedza mnie w snach i wszystko o mnie wie. Czuję jego obecność i na początku tylko czasami płaczę…

Z czasem płaczę coraz częściej i coraz więcej. Krople moich łez są ciężkie i słone. Nie mam się do kogo przytulić, kiedy przestaję czuć ten świat. W chwilach największej tęsknoty ubieram sweterek z wełny, z której zrobiony był jego dorosły sweter. Zapach ten sam, czuć go do dzisiaj. Śniąc i marząc o swoim przyszłym życiu, zawsze go widzę, tak jakby jego serce nadal biło.

Stawiam kolejne kroki już bez asekuracji. Idę. Jednak w którymś momencie stają się niepewne, tracę równowagę. Potykam się i zdzieram kolana. Nie chcę już tu dłużej być! To mnie przerasta. Tu jest zdecydowanie za ciężko. Przestaję się ze sobą dogadywać.

Pewnego dnia zauważam, że nie lubię już siebie tak jak dawniej. Nawet nie wiem, kim jestem. Kim jest, kim jestem, kim? Słyszę tylko echo.

Kwestią czasu, było podjęcie decyzji o kapitulacji.

Moja Dusza wiedziała. Nie mogła mi na to pozwolić, więc dla mojego dobra odeszła. Zostałam całkiem sama. Wtedy nie przypuszczałam, jak dalej potoczy się moja ziemska przygoda. Pomyśleć, że sama byłam jej kreatorem. Na tamten czas, jakże nieświadomym.

Tak właśnie, zafundowałam sobie czternaście lat niekochania siebie. Bolało. Oh, jak bardzo!

Mimo że bywało trudno to tak naprawdę nigdy, przenigdy nie straciłam nadziei i wiary, że pewnego dnia wyjdzie słońce.

Wyszło! Doczekałam się. Wiem, że i tym razem, to moja zasługa. Oczywiście przy odrobinie pomocy z góry, by się nie obeszło. Dziadek czuwał i prowadził. Był ze mną przez cały tamten czas, jest i dzisiaj. Jego mądre oczy uśmiechają się do mnie, kiedy piszę te słowa. On wie. Widział całą moją wędrówkę. Drogę do odnalezienia i pokochania siebie na nowo. Widział ten moment, kiedy godziłam się ze swoją Duszą. Widzi mnie i teraz kiedy płaczę na wspomnienie tamtych chwil.

Płaczę, ale nie ze smutku, czy cierpienia. Płaczę, bo czuję. Czuję to życie!

Wiem, że zaczyna się nowy rozdział. Nowa przygoda. To ja ją wykreuję, świadomie. Będzie piękna, bo taka zaczynam być i ja. Piękna jak moja dostojna zielono-niebieska Dusza.

Piszę, te słowa, aby dać świadectwo swoim własnym życiem. Wszystkim, którzy zwątpili. Tym, którzy gdzieś po drodze do domu, po drodze do siebie stracili obrany kurs. Wiem, że to banalne mówić, że wszystko jest po coś, ale ja uwielbiam być banalna. Wszystko jest po coś! To jak upadasz i jak wstajesz – jest po coś. To kiedy kogoś tracisz, też jest po coś.

Wiem, że musiałam przejść tę drogę. Tak, to prawda. Mogłam iść nią krócej, ale widocznie potrzebowałam więcej czasu. Dostajemy tyle czasu, ile potrzebujemy i tylko tyle do dźwigania ile jesteśmy w stanie unieść. Wychodzi na to, że ja potrafię całkiem sporo. Niezła siłaczka ze mnie!

Czas mojej przygody na planecie Ziemia jeszcze nie dobiegł końca. Wręcz przeciwnie. To dopiero początek. Jest jeszcze tyle rzeczy do zrobienia, chwil do przeżycia, tyle miejsc do zobaczenia i jeszcze tylu ludzi do kochania! Ja jestem gotowa, a Wy?

Z miłością, mojemu kochanemu Dziadkowi

Agata Świderska

Przejdź do artykułu

Wymiar Świadomości

Świadomość,istniejąca globalnie

w przestrzeni i czasie,

jest ukrytą, porządkującą wszystko zmienną”.

Nick Herbert, fizyk kwantowy

Rzeczywistość jednocześnie ukazuje się i pozostaje dla nas (dla większości) w ukryciu. Czy fenomen tego paradoksu może być inspiracją, źródłem poznania i siły naszej duchowej omnipotencji, czy z niepojętego można czerpać optymizm?

To pytanie nabiera szczególnego wydźwięku, gdy uświadamiamy sobie kryzys materialistycznego paradygmatu nauki akademickiej, która zaprowadziła nas do ściany absurdu, zapętlenia, do stanu uwiądu intelektualnego i moralnego.

Istnieje świat niewidzialny,który przenika świat widzialny”. – G.Meyrink.

Powyższy cytat pobrzmiewa nie tylko wiedzą imaginatywną, ale także wieloma ustaleniami nauki nowej-wyprzedzającej.

A zatem,my nie-dogmatyczni,eksplorując obszary nieznanego w poszukiwaniu sensu, celu, prawdy, optymizmu, głębi, zwracamy swoją atencję na rejony utajone i z łatwością przychodzi uznać nam,że :

światło może być zarazem ciągłe i nieciągłe,

cząstki elementarne utrzymują między sobą ożywioną komunikację,

cząstki należą do niepojętej większej całości,

materia i energia są tylko szyfrem,algorytmem metaprzestrzeni,

świadomość skrywa się w głębi atomu,

wszystko żyje,

przepływ czasu nie jest linią prostą,

istoty mają niewiarygodne zdolności,

duch może oddzielić się od ciała,

zwierzęta są inteligentne,

nasza rzeczywistość jest tylko maleńkim fraktalem fraktala nadrzędnego,

wiedza tajemna nie musi być bzdurą,

„Duch nie narodził się w naszych głowach-on był zawsze”.(H.von Ditfurth),

Ten metaforyczny opis jest prawdziwy : „nie ma formalnych różnic, zaś wszystkie rzeczy są jak mysz i robak w środku sera. Mysz i robak – nie ma dwóch rzeczy równie niepodobnych. Lecz siedzą wspólnie w serze przez tydzień i siedzą przez miesiąc, i w końcu nie są niczym innym tylko transmutacją sera, więc wszyscy jesteśmy robakami i myszami, i wszyscy jesteśmy tylko różnymi postaciami wszechobejmującego sera”.

I chociaż nauka akademicka i tzw.społeczeństwo wyrabiają w nas nawyk odwracania wzroku od tych ustaleń, to nie sposób odmówić wielkiego znaczenia dla takiego myślenia poszerzającego horyzonty intelektualne i wzywającego nas do postawy holistycznej i świadomej.

Jeśli będziemy skłonni traktować nasz świat jako cząstkę (lokalność) rzeczywistości „nadrzędnej”(wyższego fraktala), to niekiedy, jak sądzę, ten piernikowy matrix może ukazać się w innej perspektywie, która ciut stępi ostrze przeżywanych problemów bieżących i przyniesie umiarkowany optymizm w możliwość realnego podążania drogą rozwoju i niepojęte dla nas dotąd fenomeny nie będą już budziły w nas takiego strachu czy grozy.

W tym miejscu polecam znakomitą książkę H.von Ditfurtha zatytułowaną „Nie tylko z tego świata jesteśmy”, w której autor optymistycznie stwierdza, że w ludzkiej korze mózgowej w dalszym ciągu tworzą się nowe ośrodki o niemożliwych do przewidzenia funkcjach, a homo sapiens jest tylko gatunkiem przejściowym między szympansem i człowiekiem – jest więc przed nami wielki potencjał jutra ( i nie jest to mój sarkazm).

Przytoczę zabawną anegdotę. Pewien psycholog chciał się dowiedzieć, co porabia szympans, kiedy go nikt nie obserwuje. Zostawił więc futrzaka i, kiedy zamknął drzwi za sobą, zajrzał przez dziurkę od klucza – zobaczył wtedy po drugiej stronie brązowe oko małpy. Ta bowiem też chciała wiedzieć, czym zajmuje się psycholog, kiedy nie jest obserwowany.

Pytanie nasuwa się samo : z której strony drzwi my się znajdujemy?

Wiem jedno,że czas niesie wyzwania, którym raczej nie sprostamy, stosując rozumowanie według paradygmatu materialistycznego. Będzie tym lepiej, im konsekwentniej będziemy uważali nasz świat lokalny za ekspresję wszechciągłej Przestrzeni, za świat, który wybrzusza się między chaosem i świadomością, a także im intensywniej będziemy pracowali nad zwiększeniem konwersji metabolizmu fizycznego na ten właściwy „duchowy”.

Powinniśmy przypomnieć sobie,że nasza meta-matka wymaga od nas, aby z chaosu i niedojrzałości mogła z nami przejść w ciągłość i dojrzałość. Inaczej mówiąc, nie chodzi o samo życie (życie dla życia) lecz o coś więcej. O podskórny i dość ukryty cel samej przestrzeni, aby jej „dzieci” swoją działalnością i twórczością porządkowały i wzbogacały algorytmicznie mateczną przestrzeń.

I co ma zrobić człowiek? Ma uświadomić sobie te fakty i zrozumieć, że poprzez transformację swojej świadomości przyczynia się do przetransformowania tego matrixa, a po drugie ma odnaleźć więź z metaprzestrzenią, ma zrozumieć, że jest jej dzieckiem, jej przejawieniem na poziomie egzystencjalnym.

Tymczasem my, istoty ziemskie, utraciliśmy kontakt z głębokim wymiarem istnienia. Brakuje nam wrażliwości na wiele pojęć przestrzennych, np.czym jest sekunda (tak gloryfikowana w naszej kulturze czasowość) w porównaniu z jej przestrzennym odpowiednikiem, który wynosi trzysta tysięcy kilometrów inteligentnej i świadomej przestrzeni kosmicznej.

Być może jest tak przez Einsteina,który splątał, związał czas i przestrzeń w małżeństwo czasoprzestrzenne i odtąd ta przestrzeń stała się dla nas banalna, w przeciwieństwie do „kiedyś”, gdy była jeszcze szkatułą tajemną, księgą otwartą, niebiańską magią, tak jak było to jeszcze u twórców renesansowej mnemoniki.

Czy te refleksje budzą we mnie optymizm?

Tak,jeśli dodam do istniejących już wymiarów mikro- i makrokosmosu całkiem nowy dla współczesnych ignorantów – Wymiar Świadomości – który „leży u podstaw życia i zarazem tworzy szczyt życia” (Sedlak).

Bądźmy lokalnym wyróżnieniem w ewolucji a nie w rozpadzie.

Sylwa

Przejdź do artykułu

Podziel się wizjami!

Opisz swoje niecodzienne, inspirujące, mistyczne przeżycie lub wizję. I otwórz się na jeszcze więcej pięknych, Magicznych Momentów!

Facebook
Facebook
YouTube
Instagram