Tajemnica wiedźmy z Czeladzi

„Jesteś czarownicą przez to, że jesteś kobietą. Nieoswojoną, wściekłą, radosną i nieśmiertelną”.

Niewiele potrzebował wymiar sprawiedliwości, świecki i kościelny, by oskarżoną o czary skazać na śmierć. Jaki odsetek ze skazanych to naprawdę czarownice, nie dowiemy się już nigdy. Pewne jest jednak to, że nie każda kobieta, która spłonęła na stosie lub położyła głowę do ścięcia, naprawdę miała na sumieniu cokolwiek, co mogłoby być, chociażby poszlaką w procesie. Krwią niewinnych spłynęła cała Europa, ponieważ szybko wydedukowano, że w tak prosty sposób można pozbyć się nielubianej sąsiadki, konkurentki do czyjegoś serca, byłej kochanki, kobiety z jakiegokolwiek powodu niewygodnej.

Oskarżyć o konszachty z diabłem, w średniowiecznej Europie opanowanej ogniem poprawności jedynej słusznej religii, było najprościej. Wystarczyło wskazać „podejrzane” znamię na ciele domniemanej wiedźmy, zasugerować nocne wymykania się z domu, wskazać zbiór ziół, które stosowała dla zdrowia mówiąc, że produkuje z nich magiczne eliksiry, lub oskarżyć o urodzenie się martwego dziecka, gdy asystowała przy jego narodzinach. Mnogość sposobów wykorzystywanych w tym procederze zaskakuje. Zaskakuje, chociaż już chyba nikogo nie dziwi również to, z jak błahych, a czasami po prostu niedorzecznych powodów i oskarżeń wszczynano postępowanie.

Polski takie nadużycia również nie ominęły, a dzisiejsza bohaterka najprawdopodobniej z magią miała wspólnego mniej, niż wszyscy, którzy dziś czytają ten artykuł. Jedną z ostatnich Polek, które straciły życie posądzone o czary, była Katarzyna Włodyczkowa, tak zwana Czeladzka czarownica.

Chociaż jej proces rozpoczął się, jak wiele, wiele innych, od dobrze opowiedzianej głupoty, to jednak był wyjątkowy ze względu na to, co wydarzyło się zaraz po nim. Otóż Katarzynę bardzo szybko zrehabilitowano, a ci, którzy dołożyli się do wydania na nią wyroku, zostali ukarani publicznie. Ale od początku. Jak wyglądała historia z Czeladzi?

Mamy rok 1736, jesteśmy w niewielkiej miejscowości o nazwie Czeladź. Miasteczko zostaje nawiedzone przez trwające około dwóch miesięcy ulewy, na których skutek wylewa okoliczna rzeka. Cała okolica tonie, zniszczenia są druzgocące dla społeczności czeladzkiej. Każdy z mieszkańców traci plony, traci swój majątek w skutek zalania, zwierzęta gospodarskie toną. Jesteśmy świadkami ogólnej dewastacji wywołanej żywiołami. Niepohamowana masa wody jednak nie niszczy dokładnie wszystkiego, bowiem zatrzymuje się przed posiadłością pewnej wdowy, skądinąd całkiem dobrze sytuowanej. Zaledwie te dwa fakty, połączone ze sobą, ozdobione swarliwym charakterem Katarzyny, doprowadziły ją prosto do utraty głowy.

Być może jest prawdą, że nasza bohaterka należała do owych kłótliwych, starszych kobiet, które całemu małemu miasteczku potrafią zajść za skórę i które najczęściej skłócone są ze wszystkimi z błahych, zdawałoby się powodów. Czy to wystarczający powód, by wydać wyrok? Otóż okazuje się, że kiedy w perspektywie jest również zabór mienia należącego do skazanej – tak. Co ciekawsze, jednym z urzędników Czeladzi, okazał się krewny Katarzyny. On również nie próbował bronić domniemanej czarownicy i przyczynił się do naprędce spreparowanego aktu oskarżenia. Bez wdawania się w administracyjne drobiazgi, uznać należy, że cały proces prowadzony był za szybko i ze zbyt dużymi zaniedbaniami, by zasłużyć na miano sprawiedliwego i rzeczowego. Nie sam proces jest jednak istotny, bo jak doskonale wiadomo, w przypadku oskarżeń o czary zwykle działano pospiesznie lub w oparciu o niedorzeczne zeznania, często powodowane złością, zazdrością i strachem. Czeladzka sprawa wyróżnia raczej tym, co działo się już po wydaniu wyroku.

Po pierwsze – Katarzyna Włodyczkowa nie została spalona na stosie. Odcięto jej głowę, a dopiero martwe ciało poddano spopieleniu. Czemu? Być może dlatego, że akt palenia na stosie był zazwyczaj dyktowany przez władze kościelne, a w tym przypadku działano bez porozumienia z wyższymi niż miejskie instancje. Co więcej, włodarzowi Czeladzi od razu zarzucono podpisanie wyroku bez zapoznania się z aktami. Dokładnie tak, jakby całą sytuacją była z góry zamierzona i zaplanowana, a w intrygę tą wplątany był również ówczesny wójt, pan Łukawski. Po drugie wiadomo, że przed śmiercią, Katarzyna była posiadaczką znacznego majątku, który zaczął być rozkradany przez uczestników całego zdarzenia i twórców aktu oskarżenia oraz wyroku jeszcze za życia oskarżonej, gdy czekała na wyrok uwięziona. Do tej pory utrzymuje się ta ludzka słabość zwana zazdrością, która wielu doprowadza do kradzieży lub oszustw, mających na celu wzbogacenie się kosztem drugiego człowieka. Tu nie było inaczej. Po trzecie, skazaną prawie natychmiast rehabilitowano, a osoby dokładające rękę do jej skazania zostały ukarane. I wbrew pozorom, nie staraniami władzy świeckiej. Otóż po apelacji synów Katarzyny, do Czeladzi przybyła niejaki ksiądz Marek Laskowski, oficjał wiślicki. Jego pojawienie się rozpętało burzę i wzbudziło popłoch. Przede wszystkim miał, po zapoznaniu się ze sprawą, zakwestionować prawo do sądzenia o czarostwo przez sąd land wójtowski, który nie skonsultował się z sądem duchownym. A tylko on miał prawo decydować, czy proces winien toczyć się o faktyczne, prawdziwe czary, czy jeno o gusła i zabobony.

W akcie z dnia 10 listopada 1741 roku wydanym na podstawie rewizji księdza Laskowskiego czytamy o karach cywilnych i kościelnych nałożonych na sprawców zabójstwa. Między innymi czytamy w nim również: „Przesłuchanie świadków doprowadza komisarza do wniosku, że obaj dygnitarze [landwójt i burmistrz] kierowali się w stosunku do Katarzyny Włodyczko prywatną zawziętością, chęcią zagrabienia jej majątku, który ‚puki w więzieniu siedziała’ landwójt ‚tak we dnie jako i w nocy zabierał na pijaństwo y swoią potrzebę obracał’. Nie dowiedli jej ‚formalnych czarów’ co do których dokładnego śledztwa właściwie nie było. Poszczególne zarzuty popierali tylko pojedynczy świadkowie – i to niektórzy z nich odwołali zeznania, które burmistrz Żądliński będący jednocześnie pisarzem sam – jak chciał- zapisywał. Wobec czego landwójt Sojecki zostaje skazany na 60, a burmistrz na 50 dni więzienia ‚contunuo na kłódkę w ratuszu’. Po wyjściu zaś z więzienia mają ‚publice w kościele farnym za świecą w każdą mszę wielką klęczeć. Landwójt przez osiem, burmistrz przez niedziel sześć’”. Jest to oczywiście jedynie fragment aktu sporządzonego przez Laskowskiego, jednakże wydaje się być dokumentem iście przełomowym.

Kobiety na stosach ginęły z ręki Kościoła. Najczęściej niewinne, niemające na swoich sumieniach niczego, co próbowano im udowodnić, często chcące nieść ulgę w chorobach lub pomoc w życiu. Bardzo często procesy były jedynie pokazową farsą mającą zebrać jak największą publiczność i być społecznym straszakiem dla ludu. A jednak, w przypadku tak rażącego zaniedbania i nadużycia tego sposobu Inkwizycji na walkę ze złym, sam Kościół zareagował wymierzeniem kar nie tyle pieniężnych czy pozbawienia wolności, lecz, co więcej, publicznego ukorzenia się winnych.

„Problem” czarownicy z Czeladzi nie skończył się jednak w chwili ukarania winnych jej śmierci. W świadomości ludzi, którzy po dziś dzień zamieszkują okolicę nadal zdaje się tkwić swego rodzaju zadra, która przysłania im fakt, że nie domniemane czary były prawdą, a haniebne, potępione i ukarane działanie osób „niemagicznych”. O tym się nie mówi. Trochę wymazuje się z historii miasta całe to wydarzenie sprzed wieków. Czeladź nie jest jedynym takim miejscem w Polsce, a zamordowana Katarzyna nie jest jedyną kobietą osądzoną na terenie naszego kraju w oparciu o oskarżenie o czary.

Długo trwał cichy spór i niemożność rozwiązania sprawy postawienia pomnika Katarzyny. Nie dla niej, sensu stricto, nie po to, by wysławiać wiedźmy, których działanie było przecież niezgodne z religią dominującą w naszym kraju, a samej historii, która jest przecież ubarwieniem na kartach historii. Po kilku zmianach, czy to samej bryły postumentu, czy i miejsca jego lokalizacji – jednak stanął. Jednak czy próba zapominania o takich zdarzeniach nam służy? Polska istniała na długo przed chrześcijaństwem, a w niej, nawet długo, długo po przyjęciu przez księcia Mieszka chrztu, i po dziś dzień, mieszkali ludzie, którzy zasługują w pełni na miano „czarownic” i „czarowników”, „wiedźm” czy „szeptuch” i „bab”.

To właśnie tego typu wypieranie się historii sprawiło, że określenia te szerszemu gronu kojarzy się negatywnie, że oficjalnie nie jest powodem do dumy, ani komplementem. A przecież od dawien dawna tereny naszego kraju kultywowały takie piękne magiczne tradycje. Czy nie warto rozpocząć pracę u podstaw, by spróbować odczarować ten zaczarowany świat i pokazać, że nie ma po co się nas bać, że nie niesiemy zarazy i nie tańczymy z diabłami po nocach?

 

Adriana Jamrozińska

Grafika:https://www.flickr.com

Podziel się wiedzą:
Facebook
Facebook
YouTube
Instagram

Wspierasz energię, którą tworzymy? Wesprzyj nas w materii!

Przekaż darowiznę

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *