W poszukiwaniu jadowitego uzdrowiciela – ceremonia kambo – relacja

Dotarcie na miejsce zajęło nam pół godziny, choć płynęliśmy dość szybko. Jairó, nasz szaman, dyrygował silnikiem. Dziób przejął jego wuj, wspomagając go na zakrętach wiosłem w kształcie liścia i wskazując kierunek, żebyśmy nie wyrżnęli dziobem w mieliznę. A my, czterej gringos, siedzieliśmy w środku wydłubanej z pnia drzewa łodzi, w pozycji cholernie dalekiej od okej.

Było wpół do siódmej. W małej zatoczce słońce powoli przegrywało sparing z gęstwiną. Jairó zastawił sieci, co nie było wprawdzie głównym celem wypadu, ale miłym bonusem dla wuja. Odgłosów dżungli w okolicach Ukayali nasłuchiwaliśmy z ciemnobłotnistego brzegu. Jairó stwierdził, że na powoli gnijących liściach, wymieszanych tam w proporcjach dwa do jednego z gliniastą ziemią, można swobodnie siedzieć, po czym beztrosko uwalił się na plecach. Jednak przyglądając się temu, co strzepywał co parę chwil z łydek, jeden po drugim chyłkiem wycofywaliśmy się do łódki. Czekaliśmy na coś. Na śmiech a la pacjent zwierzęcej psychuszki. Na toksycznie zieloną żabę z gatunku Phyllomedusa bicolor.

wuj

***

Nie jest jasne, kiedy amazońscy Indianie odkryli, że wydzielana przez nią trucizna, zwana przez jednych kambo, przez innych sapo, dow-kiet albo kampu, jest naturalną szczepionką. Na temat pochodzenia tej pradawnej wiedzy jest tyle teorii, ile plemion. Według legend żyjących na terenie Brazylii i Peru Indian Kaxinawa, członkowie ich ludu masowo chorowali i żadna roślina nie była w stanie ich uzdrowić. Pewien zasmucony szaman powierzył swoją świadomość środkom psychoaktywnym, a kroki duchom i ruszył do dżungli w poszukiwaniu lekarstwa. W zielonej głuszy spotkał leśną boginkę, skrywającą w dłoniach żabę. Dobry duch dżungli nauczył go zbierać białą, śluzowatą truciznę z jej jaskrawozielonej skóry i leczyć nią ludzi. Zaś po śmierci dusza szamana wcieliła się w żabie ciało, żeby móc dalej pomagać swoim braciom i siostrom.

Fakt faktem, koktajl peptydowy zawarty w sapo potrafi zdziałać cuda. Odpowiadają za to między innymi naturalne opioidy – trzy rodzaje deltorfiny oraz dermorfina, związek kilkadziesiąt razy silniejszy od morfiny. Przemierzającym tamtejszą dżunglę myśliwym od wieków wyostrzały wzrok i słuch, wzmacniały serce, układ pokarmowy i odpornościowy, poprawiały krążenie krwi oraz wpływały pozytywnie na odpowiedzialne za wydzielanie hormonów korę nadnerczy i przysadkę mózgową.

I choć pierwsze wzmianki o zaletach żabiego medykamentu pojawiły się w globalnym obiegu w drugiej połowie lat 20. ubiegłego stulecia za sprawą relacji francuskiego księdza, na początek kambo-boomu przyszło zaczekać aż do lat 90. Wtedy to brazylijscy zbieracze kauczuku wydarli dżungli sekret, a wieść o nim powędrowała powoli w świat zachodniej cywilizacji. Wprawdzie kambo jest najbardziej hardkorową szczepionką świata, ale dla takiego panaceum wielu ludzi decyduje się poważnie okaleczyć swoje poczucie komfortu.

***

Dżungla łapała drugi, nocny oddech. Żaby wypatrywały chłodnej bryzy, która dawała im nadzieję na deszcz, a na nią trzeba było poczekać do ósmej. Kiedy w końcu nadeszła, stało się efektowne nic. Za to połączone sztaby komarów i moskitów wzięły nas na celownik, co było słabym sygnałem, bo aż po czubki czapek siedzieliśmy w strefie malarycznej. Było ciepło, ciemno jak w dupie anakondy, odstraszacz insektów nie działał i powoli trafiał nas szlag. Tymczasem wuj biegał od drzewa do drzewa z latarką, wydając szalone odgłosy, mające wywołać żabią ripostę. Nasz maestro w końcu nie wytrzymał i ruszył mu z odsieczą, po czym obaj zniknęli w dżungli. Trwało to gdzieś z godzinę. W końcu werdykt: płaza nie ma, trzeba wykombinować inne miejsce.

Jakieś dziesięć minut później przybiliśmy znienacka do brzegu, którego powierzchnia przypominała marsjański krajobraz, tyle że wyrzeźbiony w bagnie. Przebijaliśmy się przez błotnistą miniaturę Wielkiego Kanionu dobre pięć minut, klnąc jak taksówkarz z Tarapoto i kicając w poszukiwaniu odrobiny twardszego lądu. Nasi przewodnicy sprawiali przy tym wrażenie, jak gdyby doskonale wiedzieli, gdzie idą.

Wrażenie okazało się prawidłowe. Pierwsza została schwytana na niewielkim krzaczku. Kolejna, nieduża, o nieco mniej wrzecionowatych źrenicach, dołączyła do niej parę minut później. A potem trzecia żaba, o pół tonu ciemniejsza od pozostałych, ponoć samiec. Wyglądał przy reszcie jak sierpniowe liście przy majowej trawie. Wszystkie trafiły na jedną gałąź, którą dzierżyłem przez większość drogi powrotnej, niczym pochodnię z ogniem olimpijskim. Nie chodziło o to, że byłem tak dumny z faktu niańczenia trzech płazów, tylko o to, żeby drogocenne zwierzaki nie zabawiły się w „Skazanych na Shawshank”. Z tego samego powodu reszta ekipy oświetlała je latarkami. Chociaż ostrożność była chyba zbyteczna – żaby miały równie dużą ochotę na ruch, co Magda Gessler po otwarciu nowej knajpy.

zabba1
***

Szósta rano. Nasi zieloni więźniowie przetrwali noc w wiadrze z liśćmi, co jakiś czas przypominając o sobie donośnym krzykiem, kojarzącym się ze szczekaniem wyżła. I tak lepsze to niż chropowaty dźwięk latających karaluchów wielkości dłoni, rozbijających się tej nocy o moskitiery.

Jairó zaczął od szybkiego zaostrzenia czterech kilkudziesięciocentymetrowych kijków. Następnie wystrugał jeszcze parę szerszych, szpatułkowatych patyków. Kijki wbił w ziemię i za pomocą sznurków oraz w asyście żony, przywiązał do nich łapki średnio zachwyconej całą ceremonią żaby.

Teraz zabawa polegała na tym, żeby zwierzę rozwścieczyć. Tylko wtedy jego gruczoły wydzielają jad, który zmyślni Indianie nauczyli się wykorzystywać do majstrowania przy zdrowiu. A żaba nie miała wyboru. Szturchana patykiem i drapana po całym ciele, z palcami gniecionymi przez Jairó, tkwiła rozpięta na patykach. W tych warunkach mistrz zen zacząłby obrażać nasze matki. Żelowata, biaława wydzielina była zeskrobywana patyczkiem z zielonych części żaby i przenoszona na szpatułki. Si, drewienka z sapo można było równie dobrze kupić za kilkadziesiąt soli w sekcji dla szamanów na targu Belén w Iquitos, ale ceremoniał wkurzania żaby w środku tropikalnego lasu to przeżycie zupełnie innego kalibru.

Cały proces trwał kilkanaście minut, po czym Jairó zaniósł ją troskliwie na pobliskie drzewo. Potem ten sam los spotkał drugą dużą żabę i tylko najmniejszej się upiekło. Przy odrobinie szczęścia, z jednego płaza można uzyskać porcje dla trzech osób, a nasze egzemplarze okazały się całkiem łaskawe albo wyjątkowo nerwowe. W każdym razie dla nas czterech było aż nadto.


kambo2

***


Liana tambishi syczała, torturowana świeczką przez szamana. Wypalała trzy równe punkty, z których Jairó zdrapywał zwęgloną skórę. Potem na każdym lądowała odrobina żelu. Kiedy przyszła moja kolej, wiedziałem już, że trucizna działa błyskawicznie. Zgięty wpół Arek, oparty jedna ręką o róg domku, rozpaczliwie starał się złapać oddech, pomiędzy kolejnymi próbami powstrzymywania swojego żołądka przed ucieczką. Dziesięć sekund później sam poczułem, że mój świat gwałtownie się kurczy. W ciągu kilkunastu kolejnych sekund dostałem od ciśnienia w łeb sierpowym, oddychanie stało się sportem ekstremalnym, poczułem jak ktoś gasi światło, a mój brzuch ma spory problem egzystencjalny. Padłem znokautowany na rozłożoną za domkiem niebieską plandekę.

To okazało się najlepszym wyjściem. Byłem słaby jak noworodek pod respiratorem, ale, kiedy już ułożyłem się wygodnie na plecach, podryfowałem gdzikambo1eś w kosmos. Byle dalej od ciała, które wyjątkowo histerycznie usiłowało wymusić uwagę. Z całych sił starałem się nie negocjować ze swoimi podrobami, gniecionymi jak w imadle i maltretowanymi przez mój własny zezwłok, najwyraźniej poirytowany trucizną. Sorry, ale to dla twojego dobra. Jeszcze mi podziękujesz. Wiedziałem, że moi towarzysze są obok, stoją, siedzą, leżą, rzygają, ale byłem gdzieś na skraju realności. Otwarcie ust? Tylko po to, żeby powiedzieć krążącemu nad nami czujnie Jairó „esta bien”. I wziąć łyk wody. Potem znowu odpłynąć, odgrodzić się na ile można, zapomnieć, przeczekać.

Oczywiście na tyle, na ile się dało, bo ból to ból. Osobnym problemem była reakcja alergiczna, czyli puchnięcie. Dość szybko poczułem jak średnica mojego przełyku dramatycznie się kurczy, jakby ktoś zacisnął mi łapę na krtani. Natomiast dolna warga powiększyła się dwukrotnie, zapominając najwyraźniej, że nie należy do Angeliny Jolie. Na tym przydługa lista niedogodności się kończyła. Fajerwerki gastryczne przeszły bokiem, po części przez wzgląd na parodniową dietę z przewagą owoców, po części przez spokojne podejście.

Po pół godzinie objawy zaczęły nieśmiało ustępować. Po trzydziestu pięciu minutach starłem przypadkiem jad. Organizm zrozumiał żabie przesłanie. Ale nie wszystkim poszło gładko – dwóch z naszej wesołej ekipy gringos, szaman musiał uwolnić od drapieżnego sapo po paru minutach od podania. Ich żołądki za bardzo chciały utorować sobie drogę na zewnątrz w potokach śliny i żółci, a ciśnienie tylko wzmagało histerię organizmu. To jak Mortal Kombat z paniką. Trucizna weszła brutalnie, a nie każdy potrafi opanować strach przed buntującym się agresywnie ciałem. Tu, tak jak w przypadku wielu innych potężnych substancji, kluczowa jest niezachwiana wiara w happy end. „Remember that it’s all in your head”, jak ustalili Gorillaz.

Czułem się jak po powrocie z bardzo dalekiej podróży, na szczęście siły wracały mi nadspodziewanie szybko. Jeszcze przez jakiś czas wszystko, co widziałem, miało większą głębię i wyrazistość, jak gdyby żaba zainstalowała mi update stereoskopii. W międzyczasie efektowna zieleń fanów Hulka powoli znikała z twarzy moich kolegów i tylko spuchnięty przełyk czułem jeszcze do późnego popołudnia. A dżungla wciąż rosła tam, gdzie godzinę temu i moskity cięły jak wściekłe, ale w naszych żyłach krążył już jad żaby o najpiękniejszej zieleni świata.

Paweł Surosz

fot. Paweł Surosz

Podziel się wiedzą:
Facebook
Facebook
YouTube
Instagram

Wspierasz energię, którą tworzymy? Wesprzyj nas w materii!

Przekaż darowiznę

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *